Piekło polskie
Polska Samoobrona nie jest w stanie pomóc mordowanej ludności. To grupa zorganizowana bezładnie, bez planu działania i przywództwa. Przypomina w tym polskie wojsko z 1939 r., które Smarzowski pokazuje nie jako karne oddziały oddające pola po zaciętym boju, ale jako chaotyczną zbieraninę, uciekającą w popłochu z pola bitwy. Przywołuje przy tym reżyser figurę polskiego oficera, przedstawiając ją w sposób jakiego nie powstydziliby się zaborca czy komuniści zniewalający Polskę przez lata.
Ułan i oficer, szlachcic i polski ziemianin, człowiek wiary i honoru – od ponad stu lat przedstawiano ten męski wzór polskości w formie karykaturalnej, szydząc i zniekształcając. Smarzowski dołącza tu do długiej antypolskiej czeredy propagandzistów. Wrześniową walkę polskiego oddziału kończy wrzucanie do wykopanej mogiły ciał zabitych żołnierzy. Ceremonię kwituje samobójczy strzał w głowę oficera kierującego oddziałem. Przed oczyma zaskoczonego widza ciało oficera osuwa się do wspólnego grobu. Po co strzelił? Z beznadziei, z rozpaczy? Smarzowski tego nie mówi – chodzi tylko o pokazanie bezsensownego gestu, odebrania sobie życia jako aktu honoru, inaczej polskiej głupoty.
Nawiązania do honoru pojawiają się zresztą w „Wołyniu” jeszcze kilka razy. Oto widzimy w jednej ze scen młodego oficera, który przypomina poetę Zygmunta Rumla i przed naszymi oczyma Smarzowski odtwarza los tej historycznej postaci. Oficer – do sceny pasuje raczej słowo „oficerek” - zakłada starannie wyprany i wyprasowany mundur - powinienem chyba adekwatnie za Smorzowskim napisać: „mundurek” – i w tym stroju udaje się na pertraktację z ukraińskimi rzeźnikami. O dziwo, przywódca bandy zna wiersze poety, mówi, że spodobały mu się „Dwa narody”. Zaraz potem gestem ręki rozkazuje pojmać Polaka, a w następnej scenie Rumel-oficer, tak jak to miało miejsce w rzeczywistości – zostaje na pół rozerwany końmi. Scena szokująco sadystyczna, choć montażysta przyspiesza na ekranie pracę kamery tak, aby krwawy akt trwał jak najkrócej (Smarzowski często pokazuje rzeź w ten właśnie sposób, dłuższe ujęcia byłyby nie do wytrzymania).
Polska samoobrona rusza do akcji tylko raz. Po to, żeby Smarzowski mógł udowodnić, iż Polacy nie byli lepsi od Ukraińców. Ba, u Smarzowskiego są nawet gorsi. Zosia ucieka z synkiem do swojej siostry, która wyszła za mąż za Ukraińca. Chroni się na sianie, pod dachem stodoły. Stąd obserwuje, jak do Ukraińca przychodzi jego brat i podając mu siekierę każe zabić polską żonę, która stanowi zagrożenie, bo może stać się pretekstem do ataku Ukrainców i wyrżnięcia całej rodziny. Ukrainiec się waha, ale w akcie desperacji zabija siekierą brata, a nie żonę. Za chwilę do przysiółku przybywa polska samoobrona. Wyciąga z domu Polkę- żonę Ukraińca i brutalnie ją karze, bo poszła „za Ukraińca” (ścinają jej głowę na progu domu). Mordują też jej męża, który przed chwilą uratował swą polską żonę, zabijając własnego brata. Wszystko przez szparę w stodole obserwuje z przerażeniem i rozpaczą Zosia – oczyma widza. I już wiemy, na kogo skierować złość i nienawiść.
W rezultacie, gdy w jednej z kolejnych scen obserwujemy, jak na drabiniastym wozie przewożeni są zakrwawieni członkowie polskiej samoobrony pojmani przez Ukraińców. Ich los nie wywołuje w nas współczucia.
Piekło zapomnienia
Wielce zasłużona dla upamiętnienia dramatu kresowiaków i historii ludobójstwa na Wołyniu prof. Ewa Siemaszko w wywiadzie dla PAP stwierdziła: To film, który prawdziwie i wiernie przedstawia to, co w zbrodni wołyńskiej było istotne. To nie tylko moja opinia, ale również świadków rzezi. Mówili oni, że obraz oddaje ich przeżycia, a jedna z osób nawet stwierdziła, że to film dokumentalny, bo jest dokładną rejestracją tego, co działo się na Wołyniu i tego, co sama zapamiętała. Bardzo dobrze, że ten film nie zaburza tego, co zostało w pamięci świadków zbrodni wołyńskiej.
Trudno o bardziej rozmijającą się z prawdą wypowiedź. Filmowe przedstawienia historii i zjawisko wizji reżyserskiej nakładającej się na wspomnienia świadków historii przynoszą zawsze jednoznaczne rezultaty: wspomnienia ponoszą tym większa klęskę, im bardziej sugestywny obraz widać na ekranie. Dlatego słowa jednego ze świadków, że to film dokumentalny, bo jest dokładną rejestracją tego, co działo się na Wołyniu i tego, co sama zapamiętała świadczą tylko o jednym: wizja Smarzowskiego przysłoniła kresowiakom ich własne przeżycia. Reżyser narzucił im własną pamięć, wyparł wspomnienia. Nie będą już odtąd wiedzieć, co zapamiętali, a co zobaczyli w filmie. To znany psychologiczny mechanizm.
Smarzowski zrobił wiele, żeby kupić sobie przychylność kresowiaków. Daje jako motto filmu słowa Jana Zaleskiego upowszechnione przez jego syna ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego: Kresowian zabito dwukrotnie – raz przez ciosy siekierą, drugi raz przez przemilczenie. A ta śmierć przez przemilczenie jest jeszcze bardziej okrutna od śmierci fizycznej. Kupuje tym zaangażowanie po swojej stronie emocji księdza Tadeusza. Często też podkreśla, jaki trudny do realizacji był to film, jaką trzeba było mieć odwagę i determinację. Jak ciężko było przedstawić wiarygodnie tę historię. Opowiada jak bardzo się starał, żeby pierwszy raz na ekranie pokazać historie rzezi. Rzekomo zapomnianej – choć przez ostatnie lata wokół pamięci o ludobójstwie wołyńskim działo się bardzo dużo.
A jak odbierze film tzw. zwykły widz? Przytoczę słowa Jerzego Wolaka z portalu Polonia Christiana, z którymi całkowicie się zgadzam: Zwłaszcza młody widz, który na dodatek o wypadkach wołyńskich ma wiedzę literalnie zerową – ten odbierze „Wołyń” identycznie jak wcześniejsze „Wesele” czy „Dom zły”: jako opowieść o obciachowych wsiokach, którzy mieszkają po sąsiedzku z innymi obciachowymi wsiokami i jak to sąsiedzi-wiochmeni mają ze sobą o różne sprawy „kosę”. I kiedy rachunki krzywd (tak krzywd – wszak przez co najmniej jedną trzecią filmu wysłuchujemy litanii ukraińskich skarg na prześladowania, jakich nieustannie doświadczają ze strony polskiej, czemu nikt nie usiłuje zadać kłamu – gdzie tu zatem historyczna prawda?), kiedy rachunki owych krzywd przekraczają masę krytyczną tamte wsioki chwytają za kosę (siekierę, motykę, piłkę, szklankę) i dalej jest jak w filmach typu gore. Gore stodoła i chałupa, chłopy i baby rezają innych chłopów i inne baby – ale to już tyle razy widzieliśmy i to w lepszym wydaniu. Tak to odbierze przeciętny młody Polak.
Dalej przytacza Wolak swoje racje, które należałoby polecić innym potomkom kresowiaków z Wołynia: Jako potomek wypędzonych z Kresów, których najbliżsi zginęli z rąk banderowców, wychowany w kresowej kulturze i od dzieciństwa zanurzony w opowieściach z pierwszej ręki o hekatombie, oglądałem „Wołyń” jak historię z kosmosu. Albo lepiej: jak historię o niesympatycznych Irokezach, których napadli w sumie podobni do nich, tylko jak się okazało znacznie bardziej krwiożerczy Apacze…
Wyzwolenie z piekła wg Smarzowskiego
Nie da się jednoznacznie rozstrzygnąć, o co chodzi w zakończeniu filmu, gdy wóz zostawia za sobą wołyńskie piekło i przejeżdża przez most nad rzeką. Smarzowski celowo pokazał tu niedopowiedzenia i sprzeczności. Wcześniej dwukrotnie jego opowieść przeradza się w senny koszmar, by po chwili wrócić ze snu do jawy. To celowy zabieg artystyczny podkreślający koszmar scen ukazanych na ekranie. Oniryczny charakter ma także finałowe przekraczanie mostu. Smarzowski ewidentnie zainspirował się tu sposobem zakończenia filmu "Miasto 44" Jana Komasy. Podobnie jest ze sceną odnalezienia żywej córki Skiby – Marysi przez młynarza-oprawcę. Zabiera ją i odchodzi. Finał jest poza kadrem. Ale jaki? Smarzowski robi wiele, żeby sprowokować dyskusję, a niejasne zakończenie przyniosło wymowie filmu możliwość tzw. „długiego trwania”.
W mojej ocenie intencje Smarzowskiego podkreślone wyborem zakończenia filmu są następujące: Zostawmy już tę tematykę. Idźmy do przodu! Porzućmy toksyczną przeszłość łącznie z jej miazmatami: wiarą i fanatyzmem, który z religii i nacjonalizmu się rodzi. Po co wam, Polacy, ciągłe rozpamiętywanie Wołynia i tych zbrodni, na które patrzeć się nie da? Czy ktoś o zdrowych zmysłach chciałby jeszcze raz oglądać „Wołyń”? Zachowywać się jak masochista? Rzeż wołyńska, którą zszokowany widz ogląda w filmie Smarzowskiego odrzuca od tej tematyki. Emocje narastają i wybuchają w kinie. Nikt nie będzie chciał do nich powracać. A wy, Ukraińcy? Po co wam ten nacjonalizm? Nie widzicie do czego on prowadzi? A przecież i bez tego wiecie, że Polacy to mięczaki, a ich kobiety są piękne, wyzwolone i łatwe.
Jeszcze kilka zdań poświęcić muszę pierwszym scenom filmu. Mamy oto długie ujęcia polsko-ukraińskiego wesela. Uroda strojów i obrzędów, liryczne, wschodnie śpiewy. Wianki dziewcząt na głowach, atmosfera dusznej nocy świętojańskiej. Naturalne zachowania, witalizm i beztroska, nieskrępowane zabawy i śmiech, Świat, który byłby arkadyjskim szczęściem, gdyby nie wkradła się do niego ideologia i fanatyzm: religijny i narodowy. Ukazaniem obrzędów i scenami wesela Smarzowski znów kradnie serca kresowiaków… A przecież to tylko ćwiczenia na planie i wstęp do jego kolejnego filmu. Zapowiedział przecież epopeję o pogańskiej Polsce, o czasach, gdy chrześcijańscy księża nie przynieśli jeszcze nad Wisłę nowej wiary, a z nią państwowego i narodowego zniewolenia.
Odtrutka na truciznę – jak wyrwać się z piekła
Opisane przeze mnie kręgi piekieł nie wyczerpują rzecz jasna zagadnienia „prania mózgu” obecnego w dziele Smarzowskiego. Kolejność przedstawienia kręgów przeplatających się na ekranie i ich hierarchia nie mają tu znaczenia. Możnaby o tym pisać długo, z detalami prezentując zastosowane środki wyrazu. To, co napisałem, to jedynie próbka – więcej możnaby dodać, gdy obejrzy się film ponownie, z notatnikiem w ręku i przyciskiem”STOP” na pilocie.
Ale do ponownego oglądania „Wołynia”, ani nawet do pierwszego, absolutnie nie namawiam. To film szkodliwy dla pamięci o Wołyniu i manipulujący w ukryty sposób emocjami widza. Film intelektualnie nierzetelny.
Jeśli jednak już ktoś obejrzał, odtrutka jest tylko jedna – nigdy więcej nie oglądać i stale stosować remedium. Mógłbym tu polecić wiele świetnych książek wspomnieniowych. Mógłbym napisać, że duży lepszy od filmu, bo prawdziwiej przedstawiający źródła konfliktu i krwawe wydarzenia jest choćby komiks Zygmunta Similaka (niestety efekt psują reklamujący mordercze zawołanie tytuł „Smert' Lachom” i epatująca przemocą, sadystyczna okładka).
Na fabułę otrutką może być tylko fabuła. Póki więc nie mamy innego filmowego "Wołynia", remedium może być tylko jedno. I trzeba do niejgo stale wracać.
Najwspanialsze na świecie książki Floriana Czarnyszewicza:
• Nadberezyńcy
• Wicik Żywica
• Losy pasierbów
• Chłopcy z Nowoszyszek
Proponuję zacząć od „Losów pasierbów”.
Potem już pójdzie z górki.
---
opublikowane po raz pierwszy: ndz., 16/10/2016 - 22:06 http://blogmedia24.pl/node/76037

