poniedziałek, 23 maja 2022

Kręgi piekieł, czyli co nam wysmażył Smarzowski w "Wołyniu". Recenzja cz. 2

 


Piekło polskie

Polska Samoobrona nie jest w stanie pomóc mordowanej ludności. To grupa zorganizowana bezładnie, bez planu działania i przywództwa. Przypomina w tym polskie wojsko z 1939 r., które Smarzowski pokazuje nie jako karne oddziały oddające pola po zaciętym boju, ale jako chaotyczną zbieraninę, uciekającą w popłochu z pola bitwy. Przywołuje przy tym reżyser figurę polskiego oficera, przedstawiając ją w sposób jakiego nie powstydziliby się zaborca czy komuniści zniewalający Polskę przez lata.

Ułan i oficer, szlachcic i polski ziemianin, człowiek wiary i honoru – od ponad stu lat przedstawiano ten męski wzór polskości w formie karykaturalnej, szydząc i zniekształcając. Smarzowski dołącza tu do długiej antypolskiej czeredy propagandzistów. Wrześniową walkę polskiego oddziału kończy wrzucanie do wykopanej mogiły ciał zabitych żołnierzy. Ceremonię kwituje samobójczy strzał w głowę oficera kierującego oddziałem. Przed oczyma zaskoczonego widza ciało oficera osuwa się do wspólnego grobu. Po co strzelił? Z beznadziei, z rozpaczy? Smarzowski tego nie mówi – chodzi tylko o pokazanie bezsensownego gestu, odebrania sobie życia jako aktu honoru, inaczej polskiej głupoty.

Nawiązania do honoru pojawiają się zresztą w „Wołyniu” jeszcze kilka razy. Oto widzimy w jednej ze scen młodego oficera, który przypomina poetę Zygmunta Rumla i przed naszymi oczyma Smarzowski odtwarza los tej historycznej postaci. Oficer – do sceny pasuje raczej słowo „oficerek” - zakłada starannie wyprany i wyprasowany mundur - powinienem chyba adekwatnie za Smorzowskim napisać: „mundurek” – i w tym stroju udaje się na pertraktację z ukraińskimi rzeźnikami. O dziwo, przywódca bandy zna wiersze poety, mówi, że spodobały mu się „Dwa narody”. Zaraz potem gestem ręki rozkazuje pojmać Polaka, a w następnej scenie Rumel-oficer, tak jak to miało miejsce w rzeczywistości – zostaje na pół rozerwany końmi. Scena szokująco sadystyczna, choć montażysta przyspiesza na ekranie pracę kamery tak, aby krwawy akt trwał jak najkrócej (Smarzowski często pokazuje rzeź w ten właśnie sposób, dłuższe ujęcia byłyby nie do wytrzymania).

Polska samoobrona rusza do akcji tylko raz. Po to, żeby Smarzowski mógł udowodnić, iż Polacy nie byli lepsi od Ukraińców. Ba, u Smarzowskiego są nawet gorsi. Zosia ucieka z synkiem do swojej siostry, która wyszła za mąż za Ukraińca. Chroni się na sianie, pod dachem stodoły. Stąd obserwuje, jak do Ukraińca przychodzi jego brat i podając mu siekierę każe zabić polską żonę, która stanowi zagrożenie, bo może stać się pretekstem do ataku Ukrainców i wyrżnięcia całej rodziny. Ukrainiec się waha, ale w akcie desperacji zabija siekierą brata, a nie żonę. Za chwilę do przysiółku przybywa polska samoobrona. Wyciąga z domu Polkę- żonę Ukraińca i brutalnie ją karze, bo poszła „za Ukraińca” (ścinają jej głowę na progu domu). Mordują też jej męża, który przed chwilą uratował swą polską żonę, zabijając własnego brata. Wszystko przez szparę w stodole obserwuje z przerażeniem i rozpaczą Zosia – oczyma widza. I już wiemy, na kogo skierować złość i nienawiść.

W rezultacie, gdy w jednej z kolejnych scen obserwujemy, jak na drabiniastym wozie przewożeni są zakrwawieni członkowie polskiej samoobrony pojmani przez Ukraińców. Ich los nie wywołuje w nas współczucia.

Piekło zapomnienia

Wielce zasłużona dla upamiętnienia dramatu kresowiaków i historii ludobójstwa na Wołyniu prof. Ewa Siemaszko w wywiadzie dla PAP stwierdziła: To film, który prawdziwie i wiernie przedstawia to, co w zbrodni wołyńskiej było istotne. To nie tylko moja opinia, ale również świadków rzezi. Mówili oni, że obraz oddaje ich przeżycia, a jedna z osób nawet stwierdziła, że to film dokumentalny, bo jest dokładną rejestracją tego, co działo się na Wołyniu i tego, co sama zapamiętała. Bardzo dobrze, że ten film nie zaburza tego, co zostało w pamięci świadków zbrodni wołyńskiej.

Trudno o bardziej rozmijającą się z prawdą wypowiedź. Filmowe przedstawienia historii i zjawisko wizji reżyserskiej nakładającej się na wspomnienia świadków historii przynoszą zawsze jednoznaczne rezultaty: wspomnienia ponoszą tym większa klęskę, im bardziej sugestywny obraz widać na ekranie. Dlatego słowa jednego ze świadków, że to film dokumentalny, bo jest dokładną rejestracją tego, co działo się na Wołyniu i tego, co sama zapamiętała świadczą tylko o jednym: wizja Smarzowskiego przysłoniła kresowiakom ich własne przeżycia. Reżyser narzucił im własną pamięć, wyparł wspomnienia. Nie będą już odtąd wiedzieć, co zapamiętali, a co zobaczyli w filmie. To znany psychologiczny mechanizm.

Smarzowski zrobił wiele, żeby kupić sobie przychylność kresowiaków. Daje jako motto filmu słowa Jana Zaleskiego upowszechnione przez jego syna ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego: Kresowian zabito dwukrotnie – raz przez ciosy siekierą, drugi raz przez przemilczenie. A ta śmierć przez przemilczenie jest jeszcze bardziej okrutna od śmierci fizycznej. Kupuje tym zaangażowanie po swojej stronie emocji księdza Tadeusza. Często też podkreśla, jaki trudny do realizacji był to film, jaką trzeba było mieć odwagę i determinację. Jak ciężko było przedstawić wiarygodnie tę historię. Opowiada jak bardzo się starał, żeby pierwszy raz na ekranie pokazać historie rzezi. Rzekomo zapomnianej – choć przez ostatnie lata wokół pamięci o ludobójstwie wołyńskim działo się bardzo dużo.

A jak odbierze film tzw. zwykły widz? Przytoczę słowa Jerzego Wolaka z portalu Polonia Christiana, z którymi całkowicie się zgadzam: Zwłaszcza młody widz, który na dodatek o wypadkach wołyńskich ma wiedzę literalnie zerową – ten odbierze „Wołyń” identycznie jak wcześniejsze „Wesele” czy „Dom zły”: jako opowieść o obciachowych wsiokach, którzy mieszkają po sąsiedzku z innymi obciachowymi wsiokami i jak to sąsiedzi-wiochmeni mają ze sobą o różne sprawy „kosę”. I kiedy rachunki krzywd (tak krzywd – wszak przez co najmniej jedną trzecią filmu wysłuchujemy litanii ukraińskich skarg na prześladowania, jakich nieustannie doświadczają ze strony polskiej, czemu nikt nie usiłuje zadać kłamu – gdzie tu zatem historyczna prawda?), kiedy rachunki owych krzywd przekraczają masę krytyczną tamte wsioki chwytają za kosę (siekierę, motykę, piłkę, szklankę) i dalej jest jak w filmach typu gore. Gore stodoła i chałupa, chłopy i baby rezają innych chłopów i inne baby – ale to już tyle razy widzieliśmy i to w lepszym wydaniu. Tak to odbierze przeciętny młody Polak.

Dalej przytacza Wolak swoje racje, które należałoby polecić innym potomkom kresowiaków z Wołynia: Jako potomek wypędzonych z Kresów, których najbliżsi zginęli z rąk banderowców, wychowany w kresowej kulturze i od dzieciństwa zanurzony w opowieściach z pierwszej ręki o hekatombie, oglądałem „Wołyń” jak historię z kosmosu. Albo lepiej: jak historię o niesympatycznych Irokezach, których napadli w sumie podobni do nich, tylko jak się okazało znacznie bardziej krwiożerczy Apacze…

Wyzwolenie z piekła wg Smarzowskiego

Nie da się jednoznacznie rozstrzygnąć, o co chodzi w zakończeniu filmu, gdy wóz zostawia za sobą wołyńskie piekło i przejeżdża przez most nad rzeką. Smarzowski celowo pokazał tu niedopowiedzenia i sprzeczności. Wcześniej dwukrotnie jego opowieść przeradza się w senny koszmar, by po chwili wrócić ze snu do jawy. To celowy zabieg artystyczny podkreślający koszmar scen ukazanych na ekranie. Oniryczny charakter ma także finałowe przekraczanie mostu. Smarzowski ewidentnie zainspirował się tu sposobem zakończenia filmu "Miasto 44" Jana Komasy. Podobnie jest ze sceną odnalezienia żywej córki Skiby – Marysi przez młynarza-oprawcę. Zabiera ją i odchodzi. Finał jest poza kadrem. Ale jaki? Smarzowski robi wiele, żeby sprowokować dyskusję, a niejasne zakończenie przyniosło wymowie filmu możliwość tzw. „długiego trwania”.

W mojej ocenie intencje Smarzowskiego podkreślone wyborem zakończenia filmu są następujące: Zostawmy już tę tematykę. Idźmy do przodu! Porzućmy toksyczną przeszłość łącznie z jej miazmatami: wiarą i fanatyzmem, który z religii i nacjonalizmu się rodzi. Po co wam, Polacy, ciągłe rozpamiętywanie Wołynia i tych zbrodni, na które patrzeć się nie da? Czy ktoś o zdrowych zmysłach chciałby jeszcze raz oglądać „Wołyń”? Zachowywać się jak masochista? Rzeż wołyńska, którą zszokowany widz ogląda w filmie Smarzowskiego odrzuca od tej tematyki. Emocje narastają i wybuchają w kinie. Nikt nie będzie chciał do nich powracać. A wy, Ukraińcy? Po co wam ten nacjonalizm? Nie widzicie do czego on prowadzi? A przecież i bez tego wiecie, że Polacy to mięczaki, a ich kobiety są piękne, wyzwolone i łatwe.

Jeszcze kilka zdań poświęcić muszę pierwszym scenom filmu. Mamy oto długie ujęcia polsko-ukraińskiego wesela. Uroda strojów i obrzędów, liryczne, wschodnie śpiewy. Wianki dziewcząt na głowach, atmosfera dusznej nocy świętojańskiej. Naturalne zachowania, witalizm i beztroska, nieskrępowane zabawy i śmiech, Świat, który byłby arkadyjskim szczęściem, gdyby nie wkradła się do niego ideologia i fanatyzm: religijny i narodowy. Ukazaniem obrzędów i scenami wesela Smarzowski znów kradnie serca kresowiaków… A przecież to tylko ćwiczenia na planie i wstęp do jego kolejnego filmu. Zapowiedział przecież epopeję o pogańskiej Polsce, o czasach, gdy chrześcijańscy księża nie przynieśli jeszcze nad Wisłę nowej wiary, a z nią państwowego i narodowego zniewolenia.

Odtrutka na truciznę – jak wyrwać się z piekła

Opisane przeze mnie kręgi piekieł nie wyczerpują rzecz jasna zagadnienia „prania mózgu” obecnego w dziele Smarzowskiego. Kolejność przedstawienia kręgów przeplatających się na ekranie i ich hierarchia nie mają tu znaczenia. Możnaby o tym pisać długo, z detalami prezentując zastosowane środki wyrazu. To, co napisałem, to jedynie próbka – więcej możnaby dodać, gdy obejrzy się film ponownie, z notatnikiem w ręku i przyciskiem”STOP” na pilocie.

Ale do ponownego oglądania „Wołynia”, ani nawet do pierwszego, absolutnie nie namawiam. To film szkodliwy dla pamięci o Wołyniu i manipulujący w ukryty sposób emocjami widza. Film intelektualnie nierzetelny.

Jeśli jednak już ktoś obejrzał, odtrutka jest tylko jedna – nigdy więcej nie oglądać i stale stosować remedium. Mógłbym tu polecić wiele świetnych książek wspomnieniowych. Mógłbym napisać, że duży lepszy od filmu, bo prawdziwiej przedstawiający źródła konfliktu i krwawe wydarzenia jest choćby komiks Zygmunta Similaka (niestety efekt psują reklamujący mordercze zawołanie tytuł „Smert' Lachom” i epatująca przemocą, sadystyczna okładka).

Na fabułę otrutką może być tylko fabuła. Póki więc nie mamy innego filmowego "Wołynia", remedium może być tylko jedno. I trzeba do niejgo stale wracać.

Najwspanialsze na świecie książki Floriana Czarnyszewicza:

• Nadberezyńcy

• Wicik Żywica

• Losy pasierbów

• Chłopcy z Nowoszyszek

Proponuję zacząć od „Losów pasierbów”.

Potem już pójdzie z górki.

---

opublikowane po raz pierwszy: ndz., 16/10/2016 - 22:06 http://blogmedia24.pl/node/76037

Kręgi piekieł, czyli co nam wysmażył Smarzowski w "Wołyniu". Recenzja cz.1


Nie da się przejść spokojnie obok obrazu „Wołyń” Wojciecha Smarzowskiego. Nie da się tego pamfletu obejrzeć i nie zasiąść do klawiatury. Bo film szokuje i prowokuje, ale w zupełnie inny sposób niż by się wydawało na podstawie zwiastuna kinowych projekcji. Wstrząsa nie tylko w swojej pierwszej i podstawowej warstwie fabularnej, gdzie przed oczyma widza, zwłaszcza w drugiej części filmu, rozgrywają się dantejskie sceny rzezi i dramatu głównych bohaterów. Film przeraża antypolską wymową i skrywaną starannie chęcią rozprawienia się z pamięcią o Wołyniu.

W ukrytej pod powierzchnią głębszej warstwie filmu Smarzowski kroi nam dzieło korespondujące we współczesnością, odbijające jak w zwierciadle aktualne polityczne i kulturowe spory, co samo w sobie nie byłoby ani dziwne ani naganne, gdyby nie to, że reżyser angażuje swoje warsztatowe umiejętności, aby zmanipulować emocje i sposób myślenia widza oraz ukryć swoje intencje zmierzające w określonym kierunku.

Piekło kobiet

Wołyń to nie tylko brutalne i krwawe zderzenie polsko-ukraińskie. Główna bohaterka – Zosia Głowacka – jest tu jedyną postacią, której działania i przeżycia, od początku do końca mamy odbierać z sympatią, i z którymi mamy się identyfikować. Smarzowski przedstawia losy swojej żeńskiej bohaterki w sposób, którego nie powstydziłyby się profesorzyce z gender studies. Zosia jest typową ofiarą męskiego szowinizmu i opresji płci męskiej w stosunku do kobiet. Niczym współczesna wyzwolona dziewczyna swoje dziewictwo poświęca bez wahania, ściągając z siebie ubranie i oddając ciało w ramiona ukochanego Petra – młodego Ukraińca. Nieskazitelną i wolną od jakichkolwiek zahamowań miłość młodych zakłóca kontrakt, jaki w tym samym czasie zawiera ojciec Zosi: za parę morgów, krowę, konia i owce oddaje ją w ręce Skiby – starszego już wdowca z dwojgiem dzieci. Potrzebna mi do roboty w polu i w domu, w kuchni i przy dzieciach – tak mówi Skiba. Chce się żenić szybko, bo żniwa się zbliżają i o wojnie słychać. Widz się wścieka – piękna miłość musi zginąć, bo dwóch Polaków przy wódce wymyśliło coś innego i wytargowało warunki. Matka Zosi nie miała tu nic do powiedzenia, tylko się przyglądała myjąc naczynia. Skiba nie zawaha się w dalszej części filmu dać z całej siły w twarz Zosi, gdy tylko się dowie, że wciąż spotyka się z Petro. Opuchnięte usta Zosi nie pozwolą zapomnieć widzom o polsko-męskiej przemocy i spełnią swoją rolę w fabule. Skiba nie zawaha się też do niej kilka razy dobierać, traktując za każdym razem jak własność – jak rzecz, która się należy mężczyźnie -mężowi. Zosia współżyjąc z nim nie odczuwa najmniejszej przyjemności, czuje się przedmiotowo. Skiba to - zdaniem Smarzowskiego -archetyp Polaka, dużo pije i ogólnie tępy i niesympatyczny jakiś – gra go Arkadiusz Jakubik kontynuując robotę z debiutu Smarzowskiego – słynnego „Wesela”, gdzie zagrał zapijaczonego notariusza, dla kasy gotowego zrobić wszystko, a w alkoholowym zamroczeniu z uniesieniem śpiewającego hymn Polski. Takich Polaków nie da się lubić. Taką polskość trzeba odrzucić.

Zwraca uwagę wyeksponowanie wątku ciąży, a zwłaszcza porodu Zosi. Teoretycznie pokazanie mąk młodej kobiety przy porodzie niczemu fabularnie nie służy. W tym czasie rozegra się tragedia jej kochanka Petra, i poród stanowi tu kontrapunkt, ale cierpienie i trudy porodu nie musiały być w takiej formie pokazane. Krótko później Smarzowski pokazuje cielenie się krowy. Scena zupełnie nie związana z akcją filmu. Spokojnie mogłaby być wycięta. Mamy oczywistą paralelę między narodzinami człowieka i zwierzęcia. Człowiek jest jak zwierzę – zdaje się mówić Smarzowski. I na tym możnaby zakończyć wątek genderowy, pamiętając że trudy i męki porodu to stale podnoszony przez feministki wątek.

Ale mamy tu jeszcze jeden dziwnie ukazany motyw. Oto Zosia ucieka wciąż z dzieckiem na ręku przed śmiercią z rąk ukraińskich siepaczy. Musi ochronić swojego kilkuletniego synka, ale równocześnie w głębszej warstwie rozumienia filmu maluch jest dla niech ciężarem. Nie widzimy na ekranie czułości, Smarzowski starannie unika ukazania gestów miłości do dziecka, i w druga stronę – miłości dziecka do matki. Za to w scenie, gdy Zosia przychodzi do do przysiółka siostry i orientuje się, że wszyscy Polacy zginęli w męczarniach, a potem zauważa nagle z przerażeniem szczątki ciał pływające w studni, jej synek pokazany zostaje jako kontynuacja tego horroru – jak postać z dreszczowca – wyłania się nagle jako rozmyta i nieokreślona osoba, niskiego wzrostu. Dopiero po chwili widzimy, że to dziecko Zosi.

Piekło polskiego księdza 

Jedną z pierwszych scen w filmie Smarzowskiego jest obrazek z kościoła. Katolicki(grekokatolicki?) ksiądz wygłasza kazanie do Polaków. Wygląda jak oszołom, jego podkrążone i wybałuszone oczy kojarzą się z obłędem. Reżyser od początku ustawia myślenie widza: wiara i księża są odpowiedzialni za nacjonalizm i za to, co stało się na Wołyniu. Przy czym pierwszy w tym „ogonku sprawców zbrodni” zostaje przedstawiony polski ksiądz  (pierwszeństwo jest tu ważne), na popów przyjdzie miejsce później, łącznie ze święceniem przez nich ukraińskich narzędzi zbrodni i nawoływaniem do rżnięcia Polaków. Powie ktoś: przecież tak było. Smarzowski jednak subtelnie równoważy winę księży i popów. Ci drudzy zapędzili się dalej, ale przecież ci pierwsi też jego zdaniem nie byli bez winy. Swoje intencje reżyser ukrywa w filmie, ale mówi o nich w jednym z wywiadów, szukając karkołomnych porównań, żeby uzasadnić swoją ideologiczną robotę: W tym samym czasie, gdy popi święcili banderowcom piły, karabiny, siekiery i noże - mówi - księża katoliccy święcili noże chorwackich ustaszy. Do tego zdolny jest człowiek, kiedy uzbroi się go w odpowiednią ideologię i da mu przyzwolenie na zabijanie. Jedne noże podrzynały gardła polskie, inne serbskie. Ten film opowiada o tym, do czego może doprowadzić skrajny nacjonalizm.

Poski ksiądz jest też oczywiście męskim gnębicielem kobiet i ostoją patriarchalnego świata. Godzi się szybko na przyspieszenie ślubu Skiby z Zosią (byle przed żniwami, żeby już pracowała przy mężu, pewnie bez zapowiedzi), bo dostaje z miejsca banknoty do ręki (niczym łapówkę) i kieliszek samogomu o drugiej. Skłonności do pijaństwa pokaże jeszcze kilka razy. Popów prawosławnych wiara doprowadziła w filmie Smarzowskiego do przewodzenia nacjonalistycznym sprawcom rzezi. Ksiądz stoi po stronie rasy panów-Polaków, a wiarę zamienił na alkohol i chciwość. Smarzowski stawia kropke nad i. Gdy Zosia dowiaduje się, że jej miłość do Petra jest mrzonką, a ojciec sprzedał ją jak rzecz sołtysowi Skibie, zrozpaczona wybiega z izby. Cięcie montażysty i już widzimy natychmiast z bliska twarz księdza. Złość widza zbudowaną na zasadzie empatii do Zosi w poprzedniej scenie, w okamgnieniu reżyser przenosi na kler. Tak to się robi, panie i panowie w nowoczesnym kinie. Nic więc dziwnego, że gdy ksiądz stanie się pierwszą ofiarą ukraińskiego ludobójstwa, widz podejdzie do tego na chłodno.

Piekło żydowskie

Obok rozwijącego się konfliktu polsko-ukraińskiego Smarzowski wielokrotnie każe nam obserwować zagładę Żydów. Ich mordowanie jest dramatyczne i bezwzględne. Niczym nie uzasadnione. Zosia bezwarunkowo i bezinteresownie skłonna jest pomagać Żydom. Ona jedna kieruje się nieskazitelnym porywem serca. Bo sympatia do Żydów jest nieskazitelna niczym serce dziecka. Dlatego tylko Zosia i dzieci czują do Żydów sympatię. Zosię przestrzega przed pomocą Żydom ojciec – nie chce ryzykować życia rodziny „dla żydków” – jak ich nazywa. Ironicznie, acz typowo dla Polaków – co Smarzowski kilkakrotnie podkreśla. Jest też scena, gdy Niemcy mordują z zimną krwią żydowska rodzinę. Jeden z oficerów pyta się zebranych Polaków, gdzie może się ukrywać jeszcze jedno żydowskie dziecko. Jeden z miejscowych jakby odruchowo i bez cienia refleksji, wskazuje żydowskie dziecko. Kamera kręci szybko, za chwilę uciekające dziecko żydowskie dosięga niemiecka seria w plecy – scena filmowana niczym w starych filmach "szkoły polskiej". Polak wydał Żyda - ot tak, po prostu.

Żydzi to ludzie budzący współczucie. Nie zawahają się też pomóc Zosi, gdy Niemiec chce ją zgwałcić. Heroicznie narażą tu własne życie. Wątki żydowskie u Smarzowskiego to pokłosie książek Grossa. Reżyser nie stara się tego specjalnie ukrywać.  

Chcemy weryfikacji historii przez Ukraińców i uznania przez nich faktów - mówi w wywiadzie dla jednej z gazet. - Ale czy my potrafimy uznać fakty w kontekście naszego zachowania wobec Żydów? Jan Tomasz Gross napisał książkę, minęło 15 lat i dzisiaj znowu coraz częściej słychać, że „kłamie”. Dobrze zaczęty proces został zahamowany. 

Piekło ukraińskie 

Smarzowski pokazuje z detalami ukraińską swołocz i bandy, które dla obłąkańczej ideologii w najdzikszy sposób mordują Polaków - swoich sąsiadów. Motywy Ukraińców pokazane są szczątkowo na początku filmu: złość na polskich panów, którzy posiadają ziemię i urzędy. Do tego dochodzą nacjonalistyczne hasła i podżegacze w cerkwiach. W warstwie głębszej filmu Smarzowski uzasadnia rzezie kierując gniew widza na Skibę i jego ojca, Polaków którzy nie pozwolili związać się dwojgu młodych. Około godzina rzezi na ekranie byłaby wolnym od reżyserskich manipulacji horrorem i pokazem wstrząsająco krwawych scen, gdyby nie wątek z polską samoobroną.

--

opublikowano po raz pierwszy: kazef, ndz., 16/10/2016 - 00:25  http://www.blogmedia24.pl/node/76027

Melchior Wańkowicz o poświęceniu i udziale w walce za Ojczyznę

W dzisiejszych czasach, podobnie jak w okresie PRL,  wciąż trwa antypolska robota różnych mędrków i użytecznych idiotów wmawiających Polakom, że poświęcenie w walce za Ojczyznę to bezsens, aberracja i rzekomo historycznie udowodniona głupota. Że polityczny pragmatyzm wymagał od nas ustępstw i niepodejmowania walki we wrześniu 1939r., powstrzymania wybuchu powstania  w Warszawie sierpniu 1944 r., i  zaniechania oporu po wkroczeniu Sowietów, czego nie mogli zrozumieć, młodzi niedojrzali Żołnierze Wyklęci.

Myślę, że ideologiczna opresja jest obecnie większa niż za komuny. Może teraz jest im łatwiej? Może są bliżej celu tj. wynarodowienia Polaków? Brakuje nam mocnych głosów nazywających po imieniu najważniejsze sprawy i zagrożenia. A jeśli już się takie wystąpienia  pojawiają, to nie są nagłaśniane, albo giną w bagnie polemiki. Mam tu na myśli np. refleksje i przestrogi Jarosława Marka Rymkiewicza zawarte w jego książkach i wywiadach.  Do tego samego zbioru, z którego trzeba nam w potrzebie korzystać, dodaję fragment książki Melchiora Wańkowicza Klub Trzeciego Miejsca. Kundlizm. Dzieje Rodziny Korzeniewskich, (wyd. I krajowe, Warszawa 1991):

Należy więc liczyć się z "historycznym" Polakiem takim, jaki jest: czy tam -w Armii Krajowej, czy tu - na emigracji. Myślę o tylu chłopcach prawych jak złoto: z powstania, z AK, z Brygady Świętokrzyskiej, z Hubalczyków, z września, z przekraczanych granic, z bitew i patroli. Jestem blisko z wieloma z nich. I kiedy przyjdzie do nich agent i da środki pomsty w rękę i przyjdą do mnie, cóż im powiem? Czy może to, co mnie powiedział wielki Polak, Dmowski, kiedy go podczas tamtej wojny pytałem, cóż więc ma robić młody człowiek, skoro mu się zabrania iść do legionów. Dmowski odpowiedział: "Czekać. A jeśli kogo dręczy bezczynność w tej wojnie, iść na pomocnika do szpitala".

Wyobrażam sobie na przykład wachmistrza Romana z Hubalczyków, chłopa z pięścią mogącą zabić byka, pochodzącego ze szlachty osadzonej przez wielkiego księcia Witolda na brodzie tatarskim na Berezynce w późniejszym powiecie wołożyńskim, wyhodowanego na Trylogii, towarzysza Hubala do jego śmierci, wywiadowcę AK na przednich liniach niemieckich w głębi Rosji, więźnia Oświęcimia, któremu wymordowano rodzinę i najbliższych kolegów - jeśli mu w trzeciej wojnie dam taką samą radę, jaką mi Dmowski dawał w pierwszej.

Albo Jurka z AK, który uczestniczył w zamachu na Kutscherę, na sztab gestapo na Szucha, który zastrzelił na placu Trzech Krzyży pułkownika gestapo. Teraz nudzi się, wkuwając coś na jakichś jałowych studiach. Kiedy przychodzi do mnie i strzelamy w ogródku z wiatrówkowego pistoletu, kiedy Jurek, mierząc, przymyka oko, jego jasna młodzieńcza twarz ścina się w drapieżny wyraz.

Albo tego młodego podpułkownika, z którym spaliśmy w czasie bitwy w jednym schronie, gdy nagle zjawił się, z uważanych za stracone pozycji, zapędziwszy się ze swymi ludźmi w gąszcz niemieckich bunkrów. Doszedł do stopnia oficerskiego z zawodówki podoficerskiej w Bydgoszczy, trwał w szarym zacukanym życiu przed wojną, w czasie wojny okrył się nimbem legendy, awansował, dostał dwa Virtuti, żył pełną piersią w blasku uwielbienia, a teraz zarabia sprzątaniem banku.

                Czy i im odważę się dać radę Dmowskiego? A przecież nie radził Dmowski głupio, a przecież nie aprobujemy decyzji Powstania Warszawskiego bez zastrzeżeń, przecież nie chcemy, by podejmujący te decyzje mogli się chować za nastroje podwładnych, tak jak ci z 1863 roku za brankę, albo ci z 1831 roku za podchorążych. Kiedyś wreszcie bohaterstwo powinno przestać być krwawą ofiarą odkupienia za brak odwagi cywilnej, męstwo - za brak przemyślenia, improwizacja - za nieprzygotowanie, a ideowość - za wiszfultinkizm. Jeśli tak oceniamy przeszłość - to poczujmy się, idąc pod prąd nastrojów, odpowiedzialni za przyszłość, żeby nam nie przyniosła dalszego smutnego plonu niepotrzebnych bohaterstw do dalszych szkolnych wypisów. Musimy występować przeciw ideowej łatwiźnie, dającej niepotrzebne straty w czasie wojny i wykolejenie w czasie pokoju, nawet takiego względnego pokoju, jaki przeżywamy. Ale niech przeciw "ideowej łatwiźnie" nie występują kundle z programem... jeszcze łatwiejszego życia. Nie wolno nam nic uronić z historyzmu w duszy polskiej, nie wolno tej duszy zubażać, odbierając jej poczucie imponderabiliów i zdolność do poświęceń. [podkr. kazef]


--- 

opublikowane po raz pierwszy: kazef, ndz., 09/10/2016 - 21:37

http://www.blogmedia24.pl/node/75992