poniedziałek, 4 lipca 2022

"Polscy aktorzy poszli na całość. I jest problem" O antypolskim, wszechobecnym procederze w mediach

Przy okazji rocznicy Smoleńska chciałbym się podzielić z Państwem i odwiedzającymi Blogmedia24 pewną refleksją.

Od tamtego dramatycznego wydarzenia obserwuję w mediach, i szerzej w kulturze, pewien przenikający przestrzeń proceder.

Aleksander Ścios wielokrotnie pisał na blogu @bezdekretu o podziale na Polaków i obcych. Otóż przekształcanie Polaków w obcych odbywa się na szeroką skalę i ogarnia swoją mocą odbiorców mediów - zwłaszcza internetowych. Natężenie tych praktyk zaobserwowałem zaraz po Smoleńsku (widocznie było to wówczas na gwałt potrzebne), a dziś ten stan jest niestety smutną i powszechnie stosowaną (zadekretowaną?) praktyką.

Spisałem swego czasu tytuły ze strony głównej jednego z najpopularniejszych portali informacyjnych (13.02.2018, godz. 21.48). Wybór czasu i portalu całkowicie przypadkowy; mógłbym powtórzyć to doświadczenie w każdym momencie, z tym samym efektem. Oto te tytuły:

- Okładka Vogue w ogniu krytyki. Co tak zabolało Polaków. Ujawniono okładkę pierwszego, historycznego numeru polskiej edycji magazynu "Vogue". Polakom się nie podoba.

- Polscy aktorzy poszli na całość. I jest problem.

- Nowe surowe prawo wchodzi do Polski. Straszą więzieniem.

- Znamy nazwisko nowej ambasador USA w Polsce

- Polska ma nowa gwiazdę biegów.  

- Kolejne problemy Polaków na K2

- Tak relaksują się Polacy. Kot dodał zdjęcie

- Życiowy sukces Polaka  

Czy Państwo widzą, co tu się odbywa? Słowa „Polska”, „Polacy”, „polski” używane są tutaj tak, jakby dotyczyły OBCEJ nacji. Tu nie ma miejsca na narodową, wspólnotową identyfikację i przynależność. Proszę wstawić w miejsce „Polska”, „Polacy” dowolną inną grupę: „Rosjanie”, „Francuzi”, „Ukraina”, „Belgia” itp. Wciąż pasuje, prawda? Więcej – pasuje nawet bardziej! A dlaczego? Bo struktura semantyczna tych zadań zwyczajowo odpowiada użyciu tam słów związanych z obcą nacją.

Gdyby wyłączyć zastosowaną manipulację, mówilibyśmy o „życiowym sukcesie naszego biegacza”, „kolejnych problemach naszych alpinistów na K2”, „mamy nową gwiazdę biegów”, „znamy nazwisko nowej ambasador USA” (dodawanie „w Polsce” jest zbyteczne” – przecież w Polsce jesteśmy!). Itp. Dodać trzeba, że używanie słów „Polska”, „Polacy” permanentnie ma miejsce zwłaszcza tam, gdzie Polacy mają jawić się jako ludzie zacofani, zakompleksieni, gdzie Polska ma uchodzić za kraj wymagający unowocześnienia, za który ci „okropni Polacy” powinni się wstydzić. Tak jest w przypadku trzech pierwszych podanych wyżej tytułów. Nie trzeba wspominać, że w tekstach, które opatrzono tymi tytułami, aż się roi od rożnego rodzaju manipulacji. Ale pozostańmy na poziomie tytułów – na szybkim, migawkowym prześliźnięciu się wzrokiem po fotkach i tytułach pozostaje większość użytkowników sieci.

Powtarzam: to jest wszechogarniająca, totalna praktyka. Zainfekowane są nią również media, które chcą uchodzić za patriotyczne.

Efekt: dłuższe obcowanie w tymi mediami, sprawia, że słowa „Polska”, „Polacy” odbieramy na tej samym poziomie emocjonalnym co, dajmy na to, „Szwecja”, „Szwedzi”, „Włochy”, „Włosi”, „Dania”, „Duńczycy” itd. Tak użyte wyrażenia „Polacy” i „Polska” nie wywołują w nas poczucia bliskości, wspólnoty, więzi. „Polacy” to jakiś ludek - jak każdy inny.

To jeden ze sposobów lokowania Polaków w kontrze do polskości. Ustawia się ich jako OBCYCH. Czujących obojętność w stosunku do Ojczyzny,  funkcjonujących poza nią. Zanurzonych w  jestestwie, w którym narodowa wspólnota nie ma prawa bytu, nie istnieje. Żyjących w matrixie wykreowanym sztucznie przez specjalistów od pieriekowki dusz. Odbiorca tych mediów nie czuje się OBCY, ale taki się staje. Nie czuje wiwisekcji, której jest poddawany. Nie wie, że upodabnia się do OBCYCH z wyboru - do właścicieli i kreatorów owego matrixa.

 ---


opublikowane po raz pierwszy kazef, wt., 10/04/2018 - 16:53

http://www.blogmedia24.pl/node/79834

Czytane po latach. Jak Wisława Szymborska dzieciom bajkę o krasnoarmiejcach opowiadała

W 1951 roku, w samym środku stalinowskiej nocy, w numerze 11 „Życia Literackiego” ukazał się wiersz Wisławy Szymborskiej kierowany bezpośrednio do dzieci (właściwszym określeniem -co postaram się wykazać - byłoby: uderzający w dzieci). Trudno dociec, czy ubierając swój przekaz w formę swoistej bajki przyszła noblistka kierowała się ustaleniami  rosyjskiego badacza obrzędów ludowych i narracji stosowanych w tradycyjnych bajkach Władimira Proppa[1]. W jej wierszu odnajdziemy elementy wymieniane przez go badacza: „bohatera” i „przeciwnika”, „walkę”, „zwycięstwo” czy „likwidację wcześniej zaistniałego braku czegoś”. Ale właściwszą perspektywą pozwalającą ocenić w jakim celu Szymborska napisała swój utwór i jakich metod użyła, będzie perspektywa polityczna i kontekst rewolucyjno-kulturowy wraz z arsenałem propagandowych środków stosowanych w tamtym czasie przez komunistycznych literatów zajmujących się pieriekowką dusz Polaków.

Szymborska zaczyna wiersz wczuwając się w rolę krasnoarmiejców. Przeczytajmy:

 

Żołnierz radziecki w dniach wyzwolenia do dzieci polskich mówił tak:

Kruche bywają ściany domów
gdy pocisk wojny godzi w domy.
Nie płaczcie polskie dzieci w schronach.
Będziemy oszczędzali gromów.
Nie chcemy ranić waszych miast.
Nie chcemy ranić waszych wsi.
Najszybszym frontem przez wasz kraj
będziemy tropiąc wroga szli.
Więc najmniej bomb. Więc najmniej zgliszcz.
Umiemy bardzo celnie strzelać.
Bo wiemy – gorzko się umiera
na dziesięć minut przed wolnością.

Nie jedna wolność to – lecz dwie.
Bliźniaczki. Siostry bystronogie.
Bo też i Hitler co tu wszedł
nie jest jedynym waszym wrogiem.
Jest jeszcze wróg – co ojców karki giął
młodość i starość im odbierał.
Za młodość i za starość ich
odpowie on przed wami teraz.

Dziś otwieramy wam nadzieję,
której wy jutro podołacie.
Niech was nie trwoży to natarcie.
Front jak wiosenny deszcz przewieje.

 

     Możnaby powiedzieć: wiersz słabych lotów, boć przecież brak tu wyrafinowanych poetyckich metafor, któż też dałby na końcu dwóch pierwszych wersów to samo słowo („domów”, „domy”). Ale mamy rok 1951 r. - czas tępo ciosanych socrealistycznych wierszydeł chwalących stal, węgiel i Stalina. Na tym tle dokonanie Szymborskiej wygląda całkiem udanie, a w warstwie manipulacji i presji psychologicznej prezentuje się mocno powyżej przeciętnej.

     Wcielająca się w rolę babci, mamy czy też przedszkolanki poetka stara się przedstawić krasnoarmiejców jako niegroźny deszczyk, który „przewieje”. Stara się uspokoić młode serca, przekonując, że tytułowy „żołnierz radziecki”  troszczy się, aby polskie dzieci nie płakały („Nie płaczcie polskie dzieci w schronach”), że żołnierz ten stara się jak najmniej hałasować i nie straszyć („Będziemy oszczędzali gromów. /Nie chcemy ranić waszych miast./ Nie chcemy ranić waszych wsi.”). Ciepły i zatroskany o dziecięcy spokój wojak chce jak najszybciej wytropić wroga i sprawić jak najmniej zamieszania („Najszybszym frontem przez wasz kraj/będziemy tropiąc wroga szli./Więc najmniej bomb. Więc najmniej zgliszcz.”). O cóż walczy ów troskliwy gieroj? O dwie wolności, „Bo też i Hitler co tu wszedł/ nie jest jedynym waszym wrogiem./Jest jeszcze wróg – co ojców karki giął/młodość i starość im odbierał.”

       Dochodzimy w tym miejscu do kluczowego momentu w propagandowej narracji zastosowanej w „bajce”. Komuniści lubowali się w rewolucyjnym, na poły mistycznym stosunku do zagadnienia czasu i jego kreacji: przeszłości, przyszłości i teraźniejszości. W swoim hymnie śpiewali:

"PRZESZŁOŚCI ślad dłoń nasza zmiata,

Przed ciosem niechaj tyran drży!

Ruszymy z posad bryłę świata,

DZIŚ niczym, JUTRO wszystkim my!"

Szymborska nagle i dość gwałtownie w końcówce wiersza tasuje czas. Dwukrotnie używa słów „młodość i starość”, by przenieść się do „teraz” i „dziś”. Wróg ma odpowiedzieć za swoje czyny  przed „wami” (domyśle: przed wami, dzieci!) „teraz”. Po to, by przyszłość, czyli rewolucja, zwyciężyła. Poetka daje na to gwarancję nadziei i z ową nadzieją stawia przed dziećmi zadanie:

„Jest jeszcze wróg – co ojców karki giął
młodość i starość im odbierał.
Za młodość i za starość ich
odpowie on przed wami teraz.

Dziś otwieramy wam nadzieję,
której wy jutro podołacie.”

Dziecięcy odbiorca wiersza jawi się w tym momencie w zamierzeniu autorki spadkobiercą i następcą sowieckich żołnierzy. Ma dokończyć ich dzieło „teraz”, „dziś” i następnie „jutro”. Dodajmy od razu: poetka kieruje to do POLSKICH dzieci!

         Oczywiście dziecięcy odbiorca niewiele zrozumie z tej bajki. Ktoś z dorosłych będzie mu musiał wytłumaczyć intencje poety. Ktoś będzie musiał przekazać spadek i wiano krasnoarmiejców. Spróbujmy i my rozjaśnić mroki tych fragmentów.

         Przenosząc perspektywę czasową z „wyzwolenia Polski” z 1945 r. w czas „teraz” i „dziś” Szymborska nie tylko dokonuje rytualnego po 1945 r. wskazania drugiego po Hitlerze wroga, jakim dla wkraczającego Sowieta musiała być przedwojenna, „pańska” Polska. W 1951 r. rozprawa z „reliktami” Niepodległej wciąż trwa; tysiące Żołnierzy Wyklętych jest zatrzymywanych i torturowanych, zapełniają się doły śmierci na warszawskiej Łączce i w innych miastach Polski… W prasie sowieccy funkcjonariusze rozpisują się o wrogach ludu i bandytach oskarżonych w ramach tzw. spisku w wojsku i sprawy TUN. Ci sami pismacy nie wspominają już o bezimiennych grobach skazanej  procesach odpryskowych dwudziestki przedwojennych polskich oficerów, ani o masowych egzekucjach innych Niezłomnych[2]. To właśnie w taki czas krakowska poetka kieruje do dzieci bajkę o krasnoarmiejcach.

         W 1951 r. cały „postępowy”, socjalistyczny obóz prowadzi ofensywę propagandową w ramach tzw. „walki o pokój”. Organizowane są kolejne Kongresy Obrońców Pokoju, ustanawiane Światowe Rady Pokoju, zbierane podpisy pod apelami o pokój. Pisarze i poeci stają na pierwszej linii frontu. Uczestniczą w walce biorąc udział w międzynarodowych spotkaniach organizowanych pod kuratelą Wielkiego Brata. Piszą wiersze i zwykłe agitki (wymieńmy tu przykładowo Iwaszkiewicza, Broniewskiego, Putramenta czy Tuwima)[3]. Sowiecki agresywny blok tuszuje swoje imperialistyczne plany i zamiary pacyfistycznymi hasłami. Realizowana jest dezinformacyjna strategia znana od lat; już w 1910 r. Henryk Sienkiewicz rozpoznając rzeczywiste intencje niektórych rewolucjonistów pisał w zakazanej w Polsce ludowej powieści „Wiry”: „chorobą tłumaczy się ten bezgraniczny brak logiki (…): krzycząc przeciw wojnie robicie wojnę, krzycząc przeciw sądom wojennym, skazujecie bez żadnych sądów”. Wisława Szymborska realizuje sowiecki program z nie mniejszą gorliwością niż wymienieni już autorzy pokojowych agitek. Stąd w utworze-bajce wyraźne przypisanie żołnierzom sowieckim pacyfistycznych zamiarów („Więc najmniej bomb. Więc najmniej zgliszcz” itd.). Opublikuje jeszcze niejeden wiersz, a w 1953 r. podpisze rezolucję wyrażająca poparcie dla stalinowskich władz PRL po wyroku skazującym duchownych katolickich na karę śmierci w sfingowanym procesie pokazowym księży kurii krakowskiej.

        W omawianym wierszu zastanowiło mnie jeszcze jedno. Szymborska pisząc o „dwóch wolnościach” użyła niezrozumiałego dla mnie porównania: „Bliźniaczki. Siostry bystronogie”. O jakie bliźniaczki tu chodzi? Z jakiej legendy, mitu czy opowieści zapożyczyła te siostry? Jaki związek z treścią może mieć ta metafora? Czy poetka usłyszała o urodzonych w styczniu 1950 r. w ZSRR siostrach syjamskich Maszy i Daszy, na których przeprowadzano potem okrutne, nieludzkie eksperymenty naukowe?[4] Chodzi chyba jednak o coś innego. Od lat w Rosji wielką popularnością cieszyła się bajka o bliźniaczkach: Maszeńce i Daszeńce. Dziewczynki zamienione zostały w … łanie. Bystronogie łanie - czyż to nie pasuje do tego bajkowego wierszyka?

         Utworów sławiących komunizm i  Stalina Szymborska i jej koledzy po fachu napisali mnóstwo. Wciąż za mało o nich wiemy, za mało przypominamy. Narobiły wielkich, niezmierzonych szkód w świadomości Polaków[5]. Bajka o krasnoarmiejcu Szymborskiej wśród załganych, propagandowych wyczynów wyróżnia się wyjątkowym, nawet jak na tego rodzaju „dzieła”, atakiem na umysły małych dzieci. Bogdan Zalewski, z którym wymieniłem na twitterze uwagi na temat tego utworu, napisał: „Szymborska widzi w tym wierszu Polskę i Polaków ślepiami bolszewika. To jest czyste wcielenie bolszewickiego, antypolskiego ZŁA. Kwintesencja zdrady.”

         Osobiście podsumuję te rozważania dwoma cytatami. Pierwszy polski noblista, Henryk Sienkiewicz, we wspomnianej już powieści „Wiry” wkłada w usta jednego z bohaterów profetycznie brzmiące słowa: „wicher dmie od Wschodu i jałowy piasek zasypuje naszą tradycję, naszą cywilizację, naszą kulturę – całą Polskę – i zmienia ją w pustynię, na której giną kwiaty, a żyć mogą tylko – szakale”. Nawiązując z kolei do refleksji Bogdana Zalewskiego przywołam wypowiedź sekretarza noblistki Wisławy Szymborskiej, Michała Rusinka, który ujawnił sekret osobowości poetki: „Tak naprawdę była mroczną osobą, pełną pisarskich neuroz i wątpliwości. Tej twarzy nie pokazywała na zewnątrz i obudowywała się poczuciem humoru. Można górnolotnie powiedzieć, że "chowała swoje prawdziwe »ja«"[6].



[1] Władimir Jakowlewicz Propp (1895-1970), znany rosyjski badacz, napisał m.in.: ”Morfologia bajki magicznej” (I wyd. - 1928), „Historyczne korzenie bajki magicznej” (1946), „Russkij geroiczeskij epos” (1955), „Russkije agrarnyje prazdniki” (1963), kładąc podwaliny pod współczesne metody semiotyczne.

[2] W 1950 r. aresztowano m.in. trójkę komandorów WP (bohaterów obrony Helu w 9139 r.). W 1952 r. zostają oni zamordowani i pochowani bezimiennie na Łączce. 16 grudnia 2017 odbył się uroczysty, państwowy pogrzeb kontradmirała Stanisława Mieszkowskiego, komandora Zbigniewa Przybyszewskiego i kontradmirała Jerzego Staniewicza. Odnalezione przez zespół prof. Krzysztofa Szwagrzyka szczątki pochowano na Cmentarzu Marynarki Wojennej w Gdyni-Oksywiu w Kwaterze Pamięci.

[3] Próbkę takiej twórczości zob. https://zapisz.blog/2016/11/02/pisarze-o-pokoju-1951/

[5] Trzeba też pamiętać o wierszu „Nienawiść”, którym Szymborska okrasiła słynne wydanie „Gazety Wyborczej”, w którym cieszono się z upadku rządu Jana Olszewskiego i fiaska idei lustracji. Tuż po tragedii smoleńskiej 9 maja 2010 r. (w tzw. Dniu Zwycięstwa) Szymborska i m.in. Jerzy Baczyński, prof. Agata Bielik-Robson, ksiądz Adam Boniecki, Włodzimierz Cimoszewicz, Rafał Dutkiewicz, Adam Michnik, Daniel Olbrychski i arcybiskup Józef Życiński - podpisała list „9 maja. Pamięć i Pojednanie”. Wzywano wtedy do akcji zapalania zniczy na grobach żołnierzy Armii Sowieckiej poległych w 1920 r. i w dniach „wyzwolenia”.

[6] https://kultura.onet.pl/wiadomosci/michal-rusinek-wislawa-szymborska-chowala-swoje-prawdziwe-ja-wywiad/rzgvc94

--

opublikowane po raz pierwszy http://www.blogmedia24.pl/node/79256

kazef, pon., 08/01/2018 - 00:50

"Złoty fundusz" i rosyjska agentura - w nawiązaniu do wywiadu z Antonim Macierewiczem

 W referacie sprawozdawczym wygłoszonym na XVIII Zjeździe WKP(b) w marcu 1939 r. Józef Stalin sformułował podstawowe tezy dotyczące komunistycznego aparatu i "produkcji kadr". Nowi funkcjonariusze partyjni byli bardzo potrzebni, bo mordercza polityka wodza rewolucji doprowadziła do śmierci milionów ludzi, także wielu z tych zaangażowanych po stronie komunistycznej partii. Kolejne czystki sprawiały, że trzeba było wyhodować nowe zastępy tępych, miernych, ale wiernych wyznawców bolszewizmu.

Największy zbrodniarz w historii mówił tak:

„Należycie dobierać kadry to znaczy:

Po pierwsze, cenić kadry jako złoty fundusz partii i państwa [podkr. kazef], dbać o nie i szanować je.

Po wtóre, znać kadry, starannie poznawać zalety i wady każdego pracownika (…).

Po trzecie, troskliwie wychowywać kadry, pomagać każdemu czyniącemu postępy pracownikowi w podniesieniu się na wyższy szczebel (…)

Po czwarte, we właściwym czasie i śmiało wysuwać nowe, młode kadry nie pozwalając im zasiedzieć się na starym miejscu, nie pozwalając im zaśniedzieć.

Po piąte, rozmieszczać pracowników na stanowiskach w ten sposób, (…)  ażeby ogólny kierunek pracy w dziedzinie rozmieszczenia kadr całkowicie odpowiadał wymaganiom linii politycznej, której zrealizowanie stanowi cel tego rozmieszczania.”

Nad Wisłą wytyczne Stalina zaczęto wdrażać po 1945 r. 8 maja 1950 r. w przeddzień komunistycznego, załganego „Dnia Zwycięstwa”  jego „nauki” powtórzył na IV plenarnym posiedzeniu Komitetu Centralnego PZPR i Centralnej Komisji Kontroli Partyjnej sowiecki agent i namiestnik Bolesław Bierut.

Sowieckie wzorce kadrowe funkcjonowały przez cały okres PRLu, a dyrektorzy czy też kierownicy działów kadr w największych zakładach (hutach, kopalniach, fabrykach) zawsze pracowali  na „drugim etacie” - w pocie czoła stukając raporty dla Urzędu Bezpieczeństwa i czerpiąc wiedzę o kandydatach na stanowiska z teczek prowadzonych przez sprawdzonych towarzyszy.

Dbano też o dobór kadr do wspomnianego przez Stalina w 1. punkcie „złotego funduszu” – zasobu ludzi najbardziej lojalnych i rokujących w przyszłości. „Złoty fundusz” był czymś podobnym do tego, co dziś można spotkać w korporacjach: kuźnią kadr, szkołą liderów. Ale była też różnica - na straży zasobów ludzkich owego funduszu zawsze stali politrucy z SB i partii. To oni decydowali o awansach i dysponowali rozwojem kariery „towarzyszy”. Wiedza i fachowość nie miału tu najmniejszego znaczenia. „Mój mąż jest z zawodu dyrektorem” – mówiła z dumą o swoim mężu – dyrektorze „od wszystkiego” bohaterka filmu „Poszukiwany, poszukiwana” Stanisława Barei (1972).

Podobny dobór pracowników na najważniejszych "odcinkach" dotyczył nie tylko fabryk i zakładów. Stefan Dybowski w książce "Problemy rewolucji kulturalnej w Polsce  Ludowej" z 1953 r. pisał: "Oddane sprawie ludu pracującego,  sprawie socjalizmu kadry, to wielka siła, to "złoty fundusz" naszej  rewolucji kulturalnej. Są tacy ludzie, mamy ich z każdym rokiem coraz więcej." (s. 43)

Sformułowane przez Stalina zasady z nadzwyczajną gorliwością stosowano w wojsku. Szczególną rolę odegrał tu wybitny kadrowiec – Wojciech Jaruzelski. W II połowie lat 80-tych, gdy przymierzano się do wdrożenia nad Wisłą pokojowej pseudo-rewolucji, która pod pozorem rzekomej demokratyzacji i „wolnych wyborów” pozwoliłaby zachować sowieckiej jaczejce pełen pakiet wpływów i łupów, o „złotym funduszu” wspomniano w propagandowym piśmie "Wojsko ludowe" (t. 36 z 1985 r. ): "Mamy - jak wiadomo - wielu nowych I sekretarzy komitetów i egzekutyw partyjnych [w wojsku]. Po roku pracy ci ludzie sprawdzili się. (...) Przecież to - bez przesady - złoty fundusz partii w wojsku".

System ludzi „złotego funduszu” mniejszym lub większym stopniu przetrwał w różnych instytucjach do dziś. Z pewnością mamy z nim do czynienia w armii, co potwierdził w bardzo ważnym wywiadzie opublikowanym dziś w „Gazecie Polskiej” minister Antoni Macierewicz.

Wywiad jest wyjątkowy także z innego powodu. Po raz pierwszy minister polskiego rządu tak otwarcie mówi o rosyjskiej agenturze ulokowanej w mediach i na najwyższych szczeblach władzy. Czas pokaże, jakie wnioski wyciągniemy z wiedzy podanej przez szefa MON.

 

Antoni Macierewicz w "Gazecie Polskiej": Bunt generałów złotego funduszu

 - Zapewne niektórzy pamiętają rozmowę między Wojciechem Jaruzelskim i Michaiłem Gorbaczowem, podczas której Jaruzelski zapewnił, że jeśli chodzi o polską armię, to on na pokolenia zabezpieczył dominację środowisk związanych ze Związkiem Sowieckim. Wydawało się wówczas, że mamy do czynienia z pewną bufonadą. Później jednak zapoznałem się z dokumentami dotyczącymi systemu nazwanego „złotym funduszem” – mówi minister Antoni Macierewicz w rozmowie z "Gazeta Polską".

Mijają dwa lata, odkąd został Pan ministrem obrony narodowej. Była konferencja prasowa, na której mówił Pan o sukcesach. A co sprawiało największe problemy przez ten czas?

Problemy wewnętrzne, przed którymi stoi wojsko. Polska armia, podobnie jak cały nasz kraj, na skutek nieprzeprowadzenia niezbędnych zmian po 1989 r., przeszła proces, który można nazwać „ewolucją wsteczną”. Między innymi zachowano wiele negatywnych postaw i struktur, będących w rzeczywistości utrwaleniem systemu komunistycznego, chociaż pod inną nazwą i w innym zewnętrznym opakowaniu. 

To jest odczuwalne także dzisiaj?

Tak, ponieważ przeprowadzenie głębokich, trwałych zmian jest trudne i wymaga czasu. A na obecną sytuację miały wpływ decyzje podejmowane jeszcze w latach 80.  poprzedniego stulecia. Chcę jednocześnie podkreślić – absolutna większość kadry oficerskiej to lojalni, profesjonalni żołnierze, którzy bohatersko sprawdzili się w misjach zagranicznych (Afganistan, Irak, Kuwejt, Bałkany) i w ciężkiej pracy codziennej w kraju. Rzecz w tym, że czasem decyzje z przeszłości – o których nie mieli nawet wiedzy – i błędy cywilnych elit politycznych tak ukształtowały strukturę armii, że uniemożliwiały jej rozwój.

O jakich decyzjach Pan mówi?

Zapewne niektórzy z państwa pamiętają rozmowę między Wojciechem Jaruzelskim i Michaiłem Gorbaczowem, podczas której Jaruzelski zapewnił, że jeśli chodzi o polską armię, to on na pokolenia zabezpieczył dominację środowisk związanych ze Związkiem Sowieckim. Wydawało się wówczas, że mamy do czynienia z pewną bufonadą w wykonaniu Jaruzelskiego – ot, takim rzuceniem nieuprawnionego stwierdzenia, niemającego żadnego zakorzenienia w faktach. Później jednak zapoznałem się z dokumentami dotyczącymi systemu nazwanego „złotym funduszem” (oficjalna nazwa: Fundusz Przyspieszonego Rozwoju). 

Czym jest złoty fundusz?

To sformalizowana grupa ludzi, którzy przynależność do złotego funduszu mieli zapisaną w oficjalnych dokumentach personalnych żołnierza. To byli młodzi ludzie, wyselekcjonowani na początku lat 80. z całej kadry oficerskiej, jako ci, którzy będą w przyszłości dowodzili polską armią. Wojsko miało czuwać nad ich rozwojem i przygotowaniem do roli dowódców.

Dlaczego ta grupa została nazwana złotym funduszem?

Ze względu na przywileje finansowe, możliwości wszechstronnego szkolenia i zapewnionej drogi awansu. W wojskowych służbach specjalnych PRL tego typu strukturę nazywano kadrą perspektywiczną. Ta nazwa funkcjonowała także w oficjalnych dokumentach. Gdy zostałem ministrem obrony narodowej, zobaczyłem w armii ludzi ze złotego funduszu na kluczowych stanowiskach. To niewielka grupa, ale wciąż bardzo wpływowa – nawet jeśli znajduje się dzisiaj poza armią. I przypomnę tylko, że peerelowski pomysł Funduszu Przyspieszonego Rozwoju próbował reaktywować w 2012 r. minister Tomasz Siemoniak. 

Czy ci ludzie stoją za „buntem generałów”?

Tak, a ich wpływy można było zaobserwować, gdy z wojska odeszło kilku generałów współodpowiedzialnych za osłabianie polskiej armii. Rozpoczął się wówczas medialny, zmasowany atak, który wciąż trwa. I nikt nie czuje się zażenowany tym, że chodzi o funkcjonariuszy wojskowej bezpieki, i tych, którzy bili czołem przed gen. Stanisławem Koziejem czy prezydentem Bronisławem Komorowskim. Robili to wówczas, gdy milczenie gen. Mieczysława Cieniucha, dowodzącego „grupą wsparcia” dla ekspertów pracujących w Smoleńsku, pomagało upowszechniać kłamstwo smoleńskie. Robili to także wówczas, gdy na kilka miesięcy przed agresją rosyjską na Ukrainę Bronisław Komorowski ogłaszał doktrynę, że przez dwadzieścia lat nie będzie wojny w Europie, a Rosja nam nie zagrozi. Wówczas nie mieli odwagi ani bronić swoich towarzyszy broni leżących w błocie smoleńskim, ani Polaków skazywanych na bezradność wobec Rosji! Tchórzliwe milczenie było wtedy nazywane odwagą, dziś odwagą nazywa się atakowanie wzmacniania armii.  Co więcej, środowiska postkomunistyczne oraz liberalne używają tego paliwa w sposób szczególnie bezwzględny i konsekwentny. Niestety, ze strony środowisk patriotycznych, ze strony obozu dobrej zmiany zakres przeciwstawienia się temu atakowi jest niewielki. Istnieje pewna podatność na tę absurdalną argumentację. I to czasem na najwyższych szczeblach władzy w Polsce. Ludzie związani z generałami odpowiedzialnymi za patologie w armii chcą decydować także po 2015 r. 

Jakie są inne przykłady wpływów wojskowych ze złotego funduszu?

Skoncentrowany atak na wojska obrony terytorialnej, krytyka budowy Kanału Żeglugowego na Mierzei Wiślanej, podsycanie niechęci wobec NATO i USA, obrona skompromitowanych grup interesu w wojsku. Na przykład – jeden z generałów publicznie mówi, że jest przeciwnikiem przekopania Mierzei Wiślanej, ponieważ nie będą tam mogły wpływać jednostki marynarki wojennej. To oczywiście nieprawda, bo ograniczenia dotkną tylko części naszej floty. Takie stanowisko to nic innego jak wspieranie argumentacji Kremla, działanie, które wprost bije w nasze bezpieczeństwo narodowe. Bo przecież wiadomo, że Rosjanom zależy na tym, aby Polska nie miała autonomicznego wyjścia z Zalewu Wiślanego, tylko musiała za każdym razem prosić o zgodę na przepływ przez wody Federacji Rosyjskiej. Kiedy w ramach planów NATO rozpoczął się proces wzmacniania wschodniej flanki i zaczęliśmy przenosić wojska operacyjne z baz zachodnich w stronę wschodniej granicy kraju, nagle generałowie ze złotego funduszu podnieśli wrzawę. Uważali dyslokację wojsk pancernych na wschodni brzeg Wisły za skandal, tak jakby właśnie wokół Berlina trzeba było tworzyć pierścień obronny. Dorobiono do tego całą pseudo militarną argumentację, jakoby trzeba było chronić te wojska przed pierwszym rosyjskim atakiem, by były zdolne do kontruderzenia. Ci sami ludzie w innych wypowiedziach podsycają nieufność do USA, twierdząc, że w planach NATO i USA przyjmuje się, iż terytoria na wschód od Wisły nie będą bronione. Skutki tego informacyjnego chaosu są oczywiste – Polacy mieszkający na wschód od Wisły mają się bać za każdym razem, gdy Putin tupnie nogą. I nawet decyzja o rozmieszczeniu Batalionowych Grup Bojowych NATO na wschodniej flance nie zmieniła tej prorosyjskiej propagandy.  I nikt – poza ministrem obrony narodowej – na to nie reaguje. Odwrotnie, ci generałowie są honorowani, wspierani, aprobowani i stawiani za wzór, a ich opinie przywołuje się jako racjonalne argumenty. A to nie są argumenty, tylko prostacka propaganda.  To pokazuje, że mamy do czynienia w Polsce z sytuacją naprawdę bardzo głęboko niebezpieczną. Mamy największą od lat szansę na przekreślenie dotychczasowych uwarunkowań geopolitycznych, na budowę silnej Polski w sprzyjającym otoczeniu, na zrównoważenie euroazjatyckiego układu politycznego, a cofamy się przed ludźmi, którzy nie są godni nosić munduru wojskowego. 

Proszę powiedzieć, jak Pan ocenia skalę tych aktywów Jaruzelskiego?

Nie można z góry przekreślać wszystkich, którzy przeszli przez tzw. złoty fundusz. Tak nie jest. Do każdej osoby należy podejść indywidualnie i tak właśnie postępuję.  Jeżeli ktoś nie popełnił przestępstwa zdrady Polski, nie uwikłał się w trwałe zależności i gotów jest budować nową armię, to zawsze będzie miał drogę otwartą. Nie jest to łatwe, bo w wojsku więzi koleżeńskie i zależności hierarchiczne łączące z byłymi dowódcami są niezwykle silne. A krąg oficerów złotego funduszu wciąż jest silny. Nawet jeżeli są to oficerowie rezerwy. 

O wojskowych w jakiej randze mówimy?

To był głównie problem generałów.

Kiedy zetknął się Pan pierwszy raz z informacją o istnieniu złotego funduszu?

Zaraz po objęciu ministerstwa. 

W jakich okolicznościach?

Przy zapoznawaniu się z życiorysami ludzi przedstawianych do awansu.

A kto ich przedstawiał do awansu?

...

Całość wywiadu w tygodniku „Gazeta Polska”

--opublikowane po raz pierwszy http://www.blogmedia24.pl/node/78996

kazef, śr., 22/11/2017 - 18:11

Na kanwie afery Weinsteina i tekstów Bogdana Zalewskiego

 Minął miesiąc, odkąd Ameryką wstrząsają kolejne doniesienia dotyczące molestowania kobiet w Hollywood, rozpoczęte publicznym oskarżeniem wysuniętym wobec wpływowego producenta filmowego Harveya Weinsteina.

Dowiedzieliśmy się, które ze znanych dziś aktorek rozpoczynały karierę przez łóżko człowieka, którego Andrzej Żuławski nazwał "największym knurem Hollywood". W internetowych portalach przypomniano także przy tej okazji zdjęcia Weroniki Rosati "z chłopakiem", czyli z Harveyem Weinsteinem, zrobione podczas spaceru na Starym Mieście w Warszawie.

Absolutnie wyjątkowe teksty napisał wokół sprawy Weinsteina dziennikarz RMF Bogdan Zalewski. Znacznie wykraczające poza samą aferę, erudycyjne, wielowątkowe, diagnozujące stan cywilizacji Zachodu i tropiące wszelkie przejawy seksualnych zboczeń w kinematografii i poza nią. Jego tworzone metodą żmudnej kwerendy ("białego wywiadu") kolaże faktów, myśli i obrazów polecam każdemu, kto chciałby się dowiedzieć, do czego zmierzają inżynierowie ludzkich dusz, którzy w formie filmowej projekcji zyskali idealny instrument dla realizacji własnych celów. Autor unika epatowania tanią sensacją i zostawia sporo miejsca do przemyśleń.

Już Włodzimierz Lenin zorientował się, że "kino jest najważniejszą ze sztuk", a Stalin osobiście zatwierdzał produkcje Mosfilmu. Prywatne kino w swoim gabinecie urządził Adolf Hitler, wraz z Gooebbelsem miłośnik propagandowych możliwości, jakie dało kino. Fatalną rolę w rozwoju społecznym, jaką zaczął odgrywać film, zauważył prawdziwy, ponadczasowy wizjoner i człowiek mediów - św. Maksymiliana Kolbe. Widząc, co dzieje się na ekranach, postulował konieczność nawrócenia nowej sztuki. W "Rycerzu Niepokalanej" nr 2 (1923) czytamy:

Rozglądając się naokół widzimy zastraszający wprost zanik moralności, zwłaszcza wśród młodzieży, a nawet powstają związki – iście piekielne – mające w programie zbrodnię i rozwiązłość (...) Kina, teatry, literatura, sztuka kierowane w wielkiej części niewidzialną ręką masonerii, zamiast szerzyć oświatę, gorączkowo pracują w myśl uchwały masonów „My Kościoła katolickiego nie zwyciężymy rozumowaniem, ale zepsuciem obyczajów”.

Teksty Bogdana Zalewskiego koniecznie trzeba przeczytać:

cz. 1

https://www.facebook.com/bogdan.zalewski.568/posts/824474124379696

cz. 2

http://www.rmf24.pl/tylko-w-rmf24/bogdan-zalewski/blogi/news-prodziecieca-krucjata,nId,2456529

 

Uchodźcy spod Dunkierki. O najnowszym filmie Christophera Nolana. Recenzja




Z filmem "Dunkierka" mam poważny problem. Historia opowiedziana przez reżysera "Interstellara" to nietypowy dramat wojenny o humanistycznej wymowie, ale też sugestywny obraz będący w moim przekonaniu ukrytą polityczną agitacją związaną ścisłe z aktualnymi wydarzeniami w Europie. Wyjaśnię najpierw, na czym polega wspomniana "nietypowość". Nolan przyzwyczaił nas do kina na wysokim poziomie i nie inaczej jest tym razem. Miłośnicy jego filmów wiedzą, że w umiejętny sposób potrafi on żonglować perspektywami czasowymi i mieszać narracje prowadzone równocześnie w kilku wątkach. Tak było m.in w "Memento" (akcja tego filmu rozwija się "do tyłu", następujące po sobie sceny cofają nas coraz bardziej w czasie), w "Incepcji" (pomieszanie i wzajemne oddziaływanie realnej rzeczywistości z uniwersum wywoływanych sztucznie snów i "snów w snach") czy w "Interstellarze" (konsekwencje etyczne wieloletniej podroży kosmicznej i problematyka pętli czasu). W Dunkierce reżyser przeplata opowieść w kilku wątkach: 1. trzej młodzi żołnierze próbujący za wszelką cenę wyrwać się z matni, 2. cywil-marynarz, który wraz z dwoma synami płynie niewielką łodzią z Anglii na plażę pod Dunkierką, żeby uratować czekających na pomoc żołnierzy, 3. żołnierz "po przejściach", który znajduje schronienie na łodzi Anglika, 4. eskadra trzech lotników próbująca osłaniać ewakuację wojsk brytyjskich. Tempo "poszatkowania" opowieści, ilość "przenosin" w czasie (w przód i w tył), zaskakujące przeplatanie się wątków stanowi nowość w kinie. Podobne zabiegi od lat można było zaobserwować w literaturze, przy czym obserwujemy od kilku lat ich rosnącą popularność (polecam np. powieść "Dzień tysiąca godzin" W.S. Kuniczaka poświęconą kampanii wrześniowej, I wyd. 1967). Ich skala u Nolana oznacza jednak zupełnie nowa jakość. W epoce bombardowania oczu i mózgu wciąż nowymi obrazami i doznaniami (konwencja migającego w TV teledysku, adrenalina zmieniającej się scenerii interaktywnych gier komputerowych, nałóg klikania na laptopach i smartfonach) Nolan zgodnie z duchem czasu odchodzi niemal całkowicie od lineralnej opowieści. Dopiero w ostatnich minutach filmu następuje uspokojenie emocji i wiąże się ono także z zakończeniem wątków przedstawionym w tradycyjny sposób. Trzeba przyznać, że zabiegi formalne Nolana są udane. Wprowadzają widza w trans, wytrącają z emocjonalnej równowagi, a owo wytrącenie idzie w parze z dramatyczną walką o życie oglądaną na ekranie. Dyskomfort i dezorientacja co do uzmysłowienia sobie następstwa czasowego oglądanych scen nie są zbyt dolegliwe. Naturalistyczne i świetnie kręcone ujęcia na plaży, a zwłaszcza na morzu robią niesamowite wrażenie. Nolan ani przez chwilę nie przesadza z efekciarstwem, nie mamy poczucia uczestniczenia w komercyjnym widowisku. Dostajemy za to przejmującą mieszankę, gdzie chęć przeżycia za wszelką cenę, groza wojny, przejmujący strach i okropieństwo śmierci nie powodują ani utraty człowieczeństwa, ani nie wykluczają pojawienia się czynów bohaterskich. Heroizmu tu nie brakuje i poczytuję to za jedną z największych zalet filmu.

Kłopot z "Dunkierką" jest niebagatelny. Dlaczego uznany reżyser zabrał się akurat za taką tematykę i co chciał nam powiedzieć? Ukrytych mniej lub bardziej subtelnie tropów dostrzeżemy na ekranie sporo i wszystkie wiodą w jednym kierunku.

 
Historyczne tło fabuły zarysowane jest bardzo skąpo. Nie dowiemy się skąd taka ilość żołnierzy znalazła się nagle na atlantyckiej plaży. Nie dowiemy się, kto nimi dowodzi, jak daleko są wojska niemieckie. Słowa "Niemcy", "niemiecki" nie padną w filmie ani razu, a sami żołnierze w charakterystycznych hitlerowskich hełmach migną nam przez jedną sekundę, we mgle, bez twarzy. Tylko na potrzeby rozwiązania fabularnego, gdzie ich obecność trzeba było zaznaczyć.
Nolana nie interesują historyczne nazwiska, których tu po prostu brak. Mamy komandora, oficerów oraz szereg żołnierzy i marynarzy obdarzonych jedynie imionami: Alex, Peter, Tommy, George... Ukazanych jako sylwetki - reprezentujące idee i emocje obecne w filmie. Zwykli ludzie, w filmie dla zwykłych ludzi. LUDZIE.
 
Producenci wyłożyli środki na film, który miał opowiedzieć nie tylko o przerażającym obliczu wojny. Widz ogladający z zapartym tchem walkę o życie w morskich otmętach, dostaje także sugestywne, ukryte na dalszym tle przesłanie polityczne. Nie jest ono ponadczasowe, lecz ściśle związane z tu i teraz. Ukrytym tematem opowieści jest empatia.
 
Z czym dziś kojarzy się francuskie miasto Dunkierka? To tutaj zgromadziła się największa ilość arabskich emigrantów, którzy koczują w dzikich obozowiskach. To właśnie ten teren należy do najniebezpieczniejszych miejsc we Francji, a media - mimo nałożonego knebla politycznej poprawności - donoszą od czasu do czasu o zamieszkach i krwawych starciach. Na przykład w kwietniu bieżącego roku w Grande-Synthe na przedmieściach Dunkierki po starciach między Kurdami a Afgańczykami, w których użyto ostrych przedmiotów, w obozowisku wybuchł pożar. W walkach uczestniczyło 150 migrantów, z czego - jak mówią oficjalne źródła -  sześciu odniosło obrażenia. Gdy do akcji wkroczyła policja, funkcjonariusze zostali zaatakowani, a po ewakuacji 1500 uchodźców wg organizacji Lekarze Bez Granic nie można było się doliczyć 600 z nich. 
 
Film Nolana jest jasną wypowiedzią po jednej ze stron ostrego sporu wokół uchodźców toczonego w Europie. Jego wojenna Dunkierka to także tysiące uchodźców - żołnierzy ciężko doświadczonych przez los i rozpaczliwie szukających ratunku. Reżyser podkreśla, że ratować należy wszystkich bez wyjątku, czy to Anglików, czy Francuzów (podkreśla to początek filmu, gdy wczuwamy się w los żołnierza poszukującego statku; jak i scena finałowa, gdy brytyjski komandor chce kontynuować misję i ratować żołnierzy francuskich, mimo że wypełnił rozkaz ratując wystarczającą ilość Anglików). Oburzamy się, gdy w kolejce do ratunku panuje segregacja związana z przynależnością do jednostki bojowej i kibicujemy outsiderom, którzy decydują się na ucieczkę starym szkunerem, z którego nikt wcześniej nie skorzystał. Szereg scen, które oglądamy śledząc rozklekotane i przepełnione łajby, które w każdej chwili mogą się wywrócić zabijając rozbitków, przypomina oglądane w telewizji obrazy przepełnionych prowizorycznych łajb z uchodźcami na dziurawych pokładach, chcącymi przepłynąć Morze Śródziemne. Twórcy filmu zaszczepiają nam w ten sposób empatię w stosunku do tych ludzi.
 
My, cywile, musimy się w tę pomoc zaangażować, nie wystarczy działanie instytucji - w tym wypadku rządu i wojska. Taki przekaz płynie z ekranu wraz z setkami cywilnych kutrów i stateczków, które wyruszają z Anglii przez kanał La Manche, aby zabrać żołnierzy z bombardowanej plaży. To dom, na który czekają. Jeden z właścicieli tych łódek urasta do rangi prawdziwego, niezłomnego bohatera, nie wahając się, że pomóc trzeba, mimo ryzyka i zagrożenia życia swego i swoich synów, którzy płyną wraz z nim. Jeden z synów marynarza potrafi zrozumieć psychologiczną sytuację będącego w szoku żołnierza, którego ratują na morzu. Początkowo traktuje go z rezerwą, ale zajdzie w nim przemiana: będzie w stanie wybaczyć  agresywny czyn, którego roztrzęsiony żołnierz się dopuścił. Świadczy o tym ostatnia wymiana zdań między nimi, której zdradzał tu nie bedę. Czy grany przez Cilliana Murphy'ego zszokowany  żołnierz nie ułatwia nam swoim zachowaniem zrozumienia agresji uchodźców? Może to zbyt daleko idąca interpretacja, w każdym razie pamiętam tego aktora z dwóch ról, gdzie zagrał bojownika IRA ("Wiatr buszujący w jęczmieniu") i terrorystę w samolocie i ("Red Eye").
 
Zwraca uwagę grający jednego z szukających ocalenia żołnierzy, debiutujący na ekranie Harry Styles - wokalista One Direction, zyskujący obecnie popularność solową płytą i przebojem "Sign of the times". Harry nie stroni od udziału w promocjach największych światowych marek i kampaniach walczących o równouprawnienie. Wystąpił m.in. w akcji "Jeans For Refugees", w której setka światowej sławy celebrytów pomalowała swoje drogocenne jeansy i wylicytowała, przeznaczając dochód na pomoc uchodźcom. W jakiej kolejnej akcji tego rodzaju weźmie udział młody wokalista? Może w "Look Beyond Borders" dla Amnesty International, gdzie naprzeciwko siebie usiedli syryjscy uchodźcy i mieszkańcy Europy (Ich zadaniem było patrzeć sobie w oczy przez dokładnie cztery minuty. Jak czytamy w mediach, event ten miał wskazać na coraz to większą nietolerancję w Europie i na świecie w stosunku do innych narodowości, i że niezależnie od koloru skóry wszystkim należy się taki sam stopień poszanowania. Wszyscy jesteśmy LUDŹMI). 
 
Christopher Nolan zrobił dobry film. Skądinąd. Choć ma kilka lepszych w swoim dorobku. Szkoda, że wdepnął przy tym w tematykę dalece odbiegającą od jego dotychczasowych zainteresowań. Znak czasów.

-- opublikowane po raz pierwszy  http://www.blogmedia24.pl/node/78299
kazef, śr., 02/08/2017 - 18:46