wtorek, 28 czerwca 2022

"Wyklęty" - wrażenia mailem prosto z seansu. Recenzja


1 marca 2017 r. w Narodowym Dniu Żołnierzy Wyklętych uczestniczyłem w przedpremierowym pokazie filmu Konrada Łęckiego "Wyklęty" w katowickim kinie "Światowid". Po seansie reżyser oraz dwaj aktorzy odtwarzające główne role: Wojciech Niemczyk (tytułowa rola - Franciszek Józefczyk "Lolo") i Robert Wrzosek (ubek Jaskóła) mówili o filmie i odpowiadali na pytania.

Film natychmiast poleciłem kilku znajomym, zachęcając do odwiedzenia kin.

Wczoraj, 12 marca, otrzymałem następującego maila:

Szanowny Panie Krzysztofie,

Byłem, widziałem, zrozumiałem.

W mojej ocenie świetny film, trafiający przekazem w realia tamtych czasów i przenoszący widza w tragizm wyborów tamtego pokolenia. Chociaż podczas seansu denerwowały mnie dłużyzny i brak jakiejkolwiek akcji . Po seansie i przemyśleniach doszedłem do wniosku, że był to przekaz artystyczny beznadziejności położenia tych ludzi i rozterek, jakie nimi targały.

Dla mnie osobiście ten film również potwierdził mi, że byłoby wielkim błędem gdybym w stanie wojennym wybrał ucieczkę z wojska z bronią w ręku do lasu lub jakieś meliny i walczył z komuną zbrojnie. Chodziły mi po głowie takie pomysły w tym czasie. Nie miałoby to szans na sukces. Anachronizm.

Były znacznie skuteczniejsze formy walki z tym systemem. Ale to jeszcze nie czas, żeby o tym pisać.

W każdym bądź razie dziękuję za rekomendację tego obrazu. Namówiłem dobrego znajomego z żoną i mojego niemieckiego przyjaciela na wspólne obejrzenie tego filmu. Całe to towarzystwo ma delikatnie mówiąc odmienne poglądy polityczne od moich. Po obejrzeniu tego filmu byli pod wielkim wrażeniem. Żona znajomego (z zawodu lekarz) płakała na filmie. Dyskutowaliśmy ponad dwie godziny po seansie. Widziałem, że walka Polaków z komunistami pokazana w tym filmie i metody UB poruszyły ich.

Ta dyskusja była dla mnie dowodem na to, że takich filmów (na tym poziomie) powinno powstać więcej. Tak łatwiej trafić do szeroko rozumianych widzów. Jest wielka robota do odrobienia w tym kierunku.

(NN)

Moja odpowiedż, 13 marca

Szanowny Panie (NN),

bardzo dziękuję za relację i cieszę się, że film się podobał. Dobrze, że wziął Pan znajomych i fabuła zrobiła na nich wrażenie.

Na moim seansie po projekcji było spotkanie z reżyserem, odtwórcą głównej roli i aktorem grającym ubeka.

Reżyser ma w planach film o Piwniku-Ponurym, nabył prawa do książki Cezarego Chlebowskiego "Pozdrówcie Góry Świętokrzyskie" - powiedział to odpowiadając na moje pytanie. Na pytanie o to, czy nie boi się ostracyzmu środowiskowego powiedział mniej więcej: nie boję się, dlaczego ja miałbym się bać? To tamci powinni się bać ostracyzmu, a nie my, którzy kręcimy patriotyczne filmy. Było pytanie o wątek żydowski - takie były realia - powiedział - gdyby w UB byli Szwedzi albo Hiszpanie, pokazałbym że są Szwedami i Hiszpanami. Było zastrzeżenie o nadmiar wulgaryzmów, na co wstał nauczyciel, który przyprowadził na film 4 gimnazjalistów i powiedział, że jego uczniowie nie są zażenowani, bo nie takie słowa słyszą wokół na ulicy, a film im się bardzo podobał. Było pytanie o pokazanie tylko jednej postaci sowieta, na dodatek wypadł on dość neutralnie. Reżyser: gdyby chcieć pokazać więcej sowietów, potrzebne byłyby dodatkowe mundury i pojawiłyby się koszty.

Film powstał w wielkich bólach za jedyne 2,5 mln zł., ekipa opłaciła to zdrowiem. Była minimalna ilość dubli, tania pirotechnika - moim zdaniem wypadła w filmie bardzo dobrze. Dopiero po zmianie władzy pojawiły się firmy, które zasponsorowały film. Ale większość środków pochodziła ze zbiórki od zwykłych ludzi. Film kręcono przez 3 lata, 60 kilka dni zdjęciowych, wszystko w okolicach Kielc. Mamy na ekranie polskie cztery pory roku w całej okazałości i piękno rodzimej przyrody. Aktorzy po 2 latach musieli przypominać sobie postacie i od nowa wchodzić w role.

 

Powinno być takich filmów jak najwięcej, bo wtedy nie byłoby pytań, że czegoś nie pokazano. Można by było skupić się na jednym wątku. Byłyby też zbyteczne wątki współczesne - nie trzeba byłoby pokazywać uhonorowania przez prezydenta (aktor podobny do prez. Kaczyńskiego). Nie byłoby też wątku z procesem ubeka - reżyser wzorował się na procesie Humera pokazanym w filmie dokumentalnym "Humer i inni" Aliny Czerniakowskiej. Ale taką mamy polityczną, komunistyczną i ubecką rzeczywistość, że wciąż trzeba tłumaczyć, że Wyklęci byli bohaterami. Stąd wątek mocno osadzający przekaz we współczesności.

Reżyser powiedział też, że nie miał zamiarów pokazywać żadnych psychologicznych dylematów ubeków. Mieli byc pokazani jako najgorszy element - zgodnie z prawdą, bez szukania jakichś usprawiedliwień i uwarunkowań, które widać np. w filmie "Generał Nil".

 

Ignacy Gogolewski nie chciał zagrać Humera, chciał grać kogoś innego. Moim zdaniem miał rację. Ma zbyt ciepły wizerunek, nie potrafił zagrać bestii.

Mam plakat z autografami reżysera i aktorów. Widzę w tym filmie pewne niedoróbki scenariuszowe, np. scena z pożegnaniem ojca idącego na wojnę w 1920 r. nie została potem dostatecznie wykorzystana w dalszej części filmu. Zbyt wiele publicystycznych, pojedynczych wątków, które nie tworzą narracji. Widzę chwilami niedoskonałości warsztatowe - pewnie gdyby wydać dodatkowy milion, za montaż zabrałby się jakiś fachowiec z pierwszej ligi. Film mi się nie dłużyl. Piękna sceneria, kadry wzorowane na oryginalnych zdjęciach (np. na słynnej fotce Łupaszki idącego z oddziałem wzdłuż polnej drogi). Dobrze zagrany przez nieznanych aktorów,  na czele z główną rolą wzorowaną na Lalku. Scenariusz był pisany z myślą o tym właśnie aktorze.

Te moje krytyczne uwagi to jednak drobnostki. Cały obraz uważam za bardzo udany. Z odpowiednią, patriotyczną wymową. Powtórzę: jak najwięcej takich filmów.

 

Pozdrawiam serdecznie

 ==

opublikowane po raz pierwszy kazef, pon., 13/03/2017 - 19:57  http://www.blogmedia24.pl/node/77179


"La La Land". Ja i mój świat - tylko to się liczy. Dlaczego tak nachalnie lansują ten film? Recenzja



Uwaga spojlery!

Dlaczego ta słabiutka historia zbiera nagrody? Skąd te 7 Złotych Globów i prawdopodobne nominacje do Oskarów?

Film-musical rozpoczyna spotkanie dwojga młodych ludzi: poczatkującej aktorki (Mia - Emma Stone) i pianisty jazzowego (Sebastian - Ryan Gosling), których połączy przypadek - kolejne zbiegi okoliczności. Łączy ich też młodzieńcza pasja i marzenia, które uniosą ich w przestworza (pokazane to zostało dosłownie) i sprawiają, że pojawi się poczucie wspólnoty. 

Aktorsko film Damiena Chazelle'a porażka na całej linii. Gosling drewniany, jakby nieobecny, przez dwie godziny pokazał dwie miny na krzyż. Stone czaruje młodzieńczą werwą i filuternością. Urzeka beztroskim uśmiechem i urodą. Ale nie oddaje żadnych niuansów fabuły, nie pokazuje odcieni emocji.

A może nie ma co tu pokazywać? Bo scenariusz wieje nudą, film mógłby trwać godzinę, z czego zostawiłbym w całości jedynie ostanie 15 minut.
Za największy plus filmu mam to, że Chazelle stawia permanentnie na piedestale owe spełnianie marzeń, podkreślając przy tym, że nie ma ono nic wspólnego z komercją i merkantylnym podejściem do życia.

Samorealizacja jest tu najważniejszym elementem i wartością samą w sobie. I w tym momencie zaczyna się już warstwa ideologiczna, która - jak mniemam - każe przeróżnym macherom od popkultury nagradzać ten obraz i windować go w rankingach. Ideologiczna perswazja zostanie użyta zwłaszcza w scenach końcowych.

Chazelle' pokazuje alternatywną wizję przebiegu zdarzeń (Mia i Sebastian pozostają w niej parą), jeszcze raz w zakończeniu dowodząc, że nasze życie składa się z przypadków i zbiegów okoliczności, a reżyser mógłby przecież inaczej poprowadzić fabułę. Ale co robi w finale Mia? Dostrzega, że życie jej i Sebastiana potoczyło się w określony sposób. Że mogło być inaczej. Wie jednak, że nie da się tego odwrócić. Czy brak powrotu do idealistycznego związku z muzykiem oznacza dla niej jakiś dramat? Absolutnie nie. Wprawdzie emocje się pojawiają, Mia pragnie jak najszybciej wyjść z tego urokliwego miejsca, w którym Sebastain realizuje swoje marzenia, ale przecież spotyka jeszcze w ostatniej chwili wzrokiem jazzmenna i uśmiecha się do niego. Wyraz jej twarzy mówi wszystko: spełniłeś swoje marzenie, założyłeś świetny klub. Ja też dopięłam swego - moja kariera toczy się z sukcesami.
Ale alternatywna wizja zdarzeń mówi nam coś jeszcze. Mia nie może wrócić do ukochanego, bo przeszkodą, aby być z nim razem, są "staroświeckie" instytucje. Małżeństwo, które Mia zawarła z kimś innym (w domyśle był to związek dla kariery), dziecko, które pojawiło się w wyniku tego małżeństwa.
Wcześniejszy związek z pianistą był pokazany jako wolny od tych przeszkód. Nie myśleli ani o małżeństwie, ani o dzieciach. Ich wspólne życie także nie wchodziło w grę - oboje chcieli realizować marzenia i oboje chcieli się samorealizować. Nie traktowali wspólnego mieszkania jak domu. Mia odchodzi od Sebastiana mówiąc: wracam do domu. Czy ten o nią walczy? Jedzie do niej dopiero wtedy, gdy pojawia się szansa na realizację jej marzeń - zawozi jej info, że została zaproszona na przesłuchania, bo wie, że to jest dla niej najważniejsze ponad wszystko i ważniejsze od kontaktów z nim samym. Podjeżdża pod dom dziewczyny, ale nawet do niego nie wchodzi. Nie interesuje go miejsce, gdzie się wychowała, nie interesują go jej rodzice. Dziwne? Dla widza, który obserwował romantyczną miłość między nimi ,powinno być to bardzo dziwne. Ale Chazelle nie pokazuje nam jak wygląda dom Mii. Bo niby po co? 
Przekaz, który wyżej opisałem, jest obowiązujący w Hollywood od wielu lat. Małżeństwo i rodzina pokazywane się jak przeszkody; bohaterowie żyją tak, jakby zapomnieli, że w ogóle te "instytucje" istnieją. 
Czy bohaterów "La la land" perturbacje we wzajemnych stosunkach kosztują emocjonalnie? Sądzę, że oglądanie tego słabego filmu z pewnością kosztuje nas - widzów. Bo my wciąż pragniemy spełnienia w miłości i romantycznych uczuć. A rodzina i dzieci mają dla nas sens i wartość. Wciąż i niezmiennie.

PS. muzyka w tym filmie jest chwilami bardzo dobra.


--- 

opublikowane po raz pierwszy kazef, sob., 21/01/2017 - 10:01  http://www.blogmedia24.pl/node/76763



Polska Wigilia na Westerplatte A.D 1936. Wspomnienie żołnierza

 WIGILIA NA WESTERPLATTE

 
Tego dnia u nas zajęcia były zupełnie odmienne od tych codziennych. Trudniliśmy się jedynie porządkowaniem. Wszyscy krzątali się bardzo żwawo, aby skończyć swą pracę i być wolnym. 
Z chwilą ukazania się pierwszej gwiazdy na niebie podoficer służbowy zrobił zbiórkę naszej załogi i pomaszerowaliśmy do wspólnej sali, gdzie była przygotowana wieczerza wigilijna. W cichości każdy zajął swe miejsce i oczekiwał na przybycie naszego dowódcy. Zachwycaliśmy się pięknością urządzonej sali, bo w jednym kącie stała ładna choinka, ozdobiona przez naszą panią z Polskiego Białego Krzyża.
 
Stół był już nakryty i przed każdym strzelcem leżał pakuneczek z prezentami, przysłany przez księdza kapelana od młodzieży, uczącej się w Gdańsku. Po nadejściu dowódcy i przywitaniu się z księdzem kapelanem rozpoczęła się wigilia. Ksiądz kapelan w imieniu młodzieży szkół wyższych w Gdańsku, złożył nam serdeczne życzenie „wesołych świąt“, następnie zaś nasz dowódca odczytał telegram z życzeniami dla strzelców od byłego dowódcy, którego strzelcy nadzwyczaj lubili. Podczas wigilii śpiewano kolędy. Na zakończenie wigilii kilku strzelców pod kierownictwem naszej Pani przystąpiło do rozdawania drobnych upominków swym przełożonym, które doręczono z odpowiednim śpiewem.
 
Przedtem jednak jeden z kolegów w imieniu całej załogi, za pośrednictwem obecnego dowódcy,
podziękował byłemu dowódcy za życzenia świąteczne, o których, acz w oddaleniu, nie zapomniał. Na cześć jego wzniesiono trzykrotny okrzyk „Niech żyje!“ i strzelcy bili serdeczne brawo na dowód swej przyjaźni. Następnie tenże kolega zwrócił się z gorącą prośbą do księdza kapelana, aby w imieniu wszystkich strzelców podziękował tej młodzieży, która przysłała nam upominki, dając tym dowód, że społeczeństwo rozumie, iż naród musi iść z wojskiem, a wojsko z narodem, tym bardziej na takim terenie, na jakim się obecnie znajdujemy.
 
Potem wszyscy dzielili się opłatkiem. W krótkich słowach przemawiał do strzelców nasz dowódca. Zauważyłem, że nastrój był prawdziwie rodzinny. Wesoło spędziliśmy tą pierwszą wigilię w wojsku. Dużo było między nami takich, że dla nich ta wigilia była pierwszą spędzoną poza domem rodzinnym.
 
Tak było z nami, a nasi koledzy na posterunkach?
 
Byłem ciekaw, jakiego uczucia się doznaje na posterunku, gdy reszta spędza mile
wieczerzę wigilijną w koleżeńskim gronie? Na drugi dzień po wigilii spotkałem się z kolegami
i pytam: — Powiedzcie mi, proszę, czy nie odczuwaliście przykrości, że nie mogliście być razem?
A oni na to:
— Z początku było przykro, bo przyszli na myśl ci koledzy, którzy pojechali na urlop, aby mile spędzić święta w gronie rodzinnym, przesuwały się różne wspomnienia: o spędzonych dniach świątecznych, o wieczorach letnich ze swą dziewczyną. Serce krajało się z żalu. A matka? Ileż to głębokiego uczucia leży na dnie serca dla matki? Wiedzieliśmy, że matka czeka na nas z utęsknieniem, lecz trudno, przecież to pierwszy rok, w którym spędzamy święta w wojsku, a więc to wszystko będzie kiedyś miłym wspomnieniem.
 
Gdy o tem rozmyślaliśmy wstąpiła w nas otucha i energia. Przecież my teraz stoimy na posterunku i czuwamy nad bezpieczeństwem całej załogi, dlatego też nasi przełożeni i koledzy mogą spokojnie spędzać wieczór wigilijny. Byliśmy wprost dumni i zadowoleni z siebie. Nie zdążyliśmy wszystkiego przemyśleć i już przyszła zmiana. Na wartowni zjedliśmy wigilię, dowódca warty podzielił się z nami opłatkiem, życząc „wesołych świąt“, za co mu podziękowaliśmy wzajemnie...
 
Tak to nasza załoga spędziła wieczór wigilijny.
 
strzel. Sergiusz Jurczyk
Westerplatte
"Żołnierz Polski" nr 6/1937
-----
 
Tekst po wojnie niepublikowany
 
---------
Ówczesny Komendant Westerplatte:

mjr Stefan Fabiszewski (na Westerplatte pełnił tę funkcję w okresie 16 VII 1934 – 3 XII 1938)

Poprzedni Komendant:

kpt. Jan Lityński (21 I 1931 – 16 VII 1934)

Ksiądz Kapelan:

Ks. Leon Bemke (kapelan załogi od 1936 roku do 1 września 1939)

 

Dalsze losy strzelca Sergiusza Jurczyka nie są mi znane.

----------------------------------------------

Po wojnie na Westerplatte walczono z krzyżem i wszelkimi oznakami wiary. Nie pozwalano na odprawianie mszy, a krzyż z symbolicznego Cmentarzyka poległych obrońców usunięto w 1962 r., stawiając na jego miejsce sowiecki czołg. Chciano w ten sposób uczcić wizytę w na półwyspie sowieckiego satrapy Chruszczowa. Dopiero w 1981 r. portowa "Solidarność" w dramatycznych okolicznościach wywalczyła przywrócenie krzyża, odprawiono wówczas po raz pierwszy po wojnie uroczystą Mszę św., która zgromadziła tysiące wiernych, łącznie z kilkunastoma wzruszonymi weteranami.

W powojennych publikacjach pomijano fakt głębokiej wiary obrońców placówki, którzy swoje sprawy i obowiązki na Westerplatte powierzali Bogu. Podobnie było w całym polskim wojsku. Komunistyczni inżynierowie dusz zadekretowali, że nie należy pisać o obchodach Świąt Bożego Narodzenia, Świąt Wielkiej Nocy i innych świąt katolickich. Nie opisywano jak wyglądała kaplica na terenie Składnicy, nie mówiono, kto był kapelanem, jak odprawiano msze. Wiara obrońców miała się jedynie sprowadzać do westchnień "O Boże!" i "Matko Boska!" w obliczu zagrożenia życia podczas walki. 

Jako swoisty ewenement i "dziwaczny przypadek" przedstawiano w 1971 r. i w późniejszych publikacjach religijność mjr. Henryka Sucharskiego, który nie rozstawał się z różańcem. Modlił się często także po zakończeniu walk, gdy przebywał w obozie jenieckim, a następnie z Armią Polską we Włoszech. Mimo to urządzając ostatniemu Komendantowi Składnicy pogrzeb na Westerplatte w 1971 r. (po ekshumacji i sprowadzeniu Jego szczątków) komunistyczni specjaliści od pieriekowki dusz Polaków zadbali o to, aby uroczystość złożenia prochów miała całkowicie świecki charakter, a kondukt żałobny w niczym nie przypominał religijnego pogrzebu. Zabroniono jakichkolwiek modlitw i zakazu tego pilnowano na tyle skrupulatnie, że ks. Jan Merta ostatni spowiednik Majora i kapelan II Korpusu otrzymał zakaz zbliżania się do szczątków. Nie mógł przyjść na uroczystość w sutannie, czy choćby w koloratce. Na bok odstawiono rodzinę Majora, która chciała pomodlić się podczas uroczystości.

Czołg sowiecki z Westerplatte usunięto dopiero w 2007 r. staraniem Stowarzyszenia Rekonstrukcji Historycznej WST.

Krzyżyk z ołtarza westerplackiej kaplicy został przez jednego z żołnierzy zabrany tuż po kapitulacji Składnicy 7 września 1939 r. Odnalazł się 2 lata temu...

-------------------------

Szerzej w tych tematach: Krzysztof Zajączkowski, Westerplatte jako miejsce pamięci 1945-1989, Warszawa 2015 (wyd. IPN)


--

opublikowane po raz pierwszy kazef, czw., 22/12/2016 - 17:29  http://www.blogmedia24.pl/node/76515