Jest to pewien zarzut, który pod adresem tego filmu pada. Oczywiście, dla Anglików - jak przypuszczam - film nie jest nudny ani przez chwilę, przedstawia przecież ważne momenty z ich historii, o których uczą się w szkołach. Za chwile wybuchnie wojna z Hitlerem, trzeba będzie stawić mu czoło. Widzą Churchilla, widzą rodziców swojej dzisiejszej królowej i ją samą, gdy była małą dziewczynką. Dostrzegają pewnie szereg niuansów i szczegółów, których widz spoza wysp dostrzec nie jest w stanie.
Mamy w filmie sporo ciekawych historycznych obserwacji, np. na temat ówczesnych niedostatków wiedzy o: logopedii, szkodliwości palenia itp.
W uszach zostaje dobra muzyka, utrzymana w ostatniej modzie: 80 proc. ścieżki dźwiękowej wypełnia muzyka klasyczna.
Nie potrafię ocenić Oskarowej maestrii Colina Firtha. Dla mnie pozostaje wciąż w kręgu kilku min i powściągliwych spojrzeń wypracowanych na planie serialu "Duma i uprzedzenie". Jest więc dalej panem Darcy'm, tylko co nieco starszym. Czy jąka się dostatecznie dobrze i wiarygodnie – niech to ocenią angliści. Pewnie daje radę.
O wiele bardziej przekonująco wypada Geoffrey Rush w roli samozwańczego nauczyciela-logopedy (już w „Piratach z Karaibów” przyćmił Deppa). Zwracam zwłaszcza uwagę na scenę demaskacji: król odkrywa, że Australijczyk nie ma kwalifikacji, ani doktorskiego tytułu. Jest zdolnym hochsztaplerem, umiejętnie wczuwającym się w role i potrafiącym leczyć. W chwili demaskacji twarz Rusha nagle się zmienia: widzimy drobnego cwaniaczka, bystrego człowieczka, który wie, do czego zmierza. Za chwilę założy z powrotem starą maskę.
Czy to wszystko usprawiedliwia wysyp oskarowych nagród? Ależ skąd. "Jak zostać królem" ani nie wzrusza, ani nie porusza. Nie bawi, nie przykuwa specjalnie uwagi. Nie dostrzegam tu wielkiego dramatu, psychologicznej głębi, scenariuszowych błyskotek. Jeśli coś tam z tych rzeczy widzę – starczyłoby może na 60 minut filmu.
Skąd zatem zauroczenie obrazem wśród członków oskarowej Akademii? Mam na to dwie odpowiedzi. Obie dotyczą tego, co na pozór w filmie nie widać, co kryje się jako tzw. drugie dno.
Nowoczesny mentor. Australijczyk nie jest tu zwykłym logopedą bez kwalifikacji, który posiadł praktyczne umiejętności. Jest raczej dzisiejszym psychologiem, szefem-coachem przeniesionym w lata 30-te. Sceny z księciem „na kozetce” skadrowano w specyficzny sposób, twarz aktora pozostaje z boku ekranu, nad widzem dominują kolorowe refleksy ściany. Już widzę, jak niektóre fragmenty tego filmu będą wyświetlane na przeróżnych kursach „z samorealizacji”, „z osiągania sukcesu”. Chcieć – to móc, i Ty to potrafisz! Scenka z podarowaniem księciu na odchodne płyty, czy finałowe przygotowanie studia radiowego i poprowadzenie przemówienia – oglądajcie młodzi managerowie, sprzedawcy i uczcie się! Tak, tak… oni już przed wojną wiedzieli, o co chodzi.
Nienowoczesna monarchia. Australijczyk jest na dodatek nowoczesnym, skrojonym na użytek lat 30-tych, lewicowcem. Chce być z każdym na „ty”, nawet z królem. Każdy człowiek jest równy drugiemu, czy to król, czy biskup czy żebrak. Poza tym monarchia to przeżytek. Z całą tą tradycja, symbolami, złotymi koronami, wiekowymi tronami i kościelnym ceremoniałem. Na co to komu? Cóż to niby znaczy? Co to daje przeciętnemu człowiekowi? Po co się kłaniać królowi? Po cholerę to wszystko? Tak, tak.. już wtedy był taki Australijczyk. Po co ci więc to wszystko, Anglio?
-----
Tekst opublikowany pierwotnie pon., 07/03/2011 - 13:22 na http://www.blogmedia24.pl/node/45979

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz