W październiku 1945 r. krytyk literacki Kazimierz Wyka w szkicu Tragiczność, drwina i realizm zaproponował swoiście rozumiany realizm jako właściwą metodę dla przedstawiania współczesnej rzeczywistości. W ujęciu Wyki realizm „miał niejako zastąpić dominujące wśród pisarzy lat 30. postawy: tragiczną i drwiącą, dziedzicząc zarazem najcenniejsze rezultaty wcześniejszych rozpoznań i przeczuć”. Wyka nie przekreślał dorobku „tragiczności” i „drwiny”, gdyż podejścia te były potrzebne jako rodzaj próby, po to, by na ich podłożu mógł pojawić się realizm. „Realizm czeka na wszystkich“ – tak brzmiała zapowiedź Wyki kierowana do współczesnych pisarzy. Jego ocenę spuścizny przeszłości opisującą dwie postawy: tragiczną i drwiącą oraz zapowiadającą kontynuację tych „prób”, a następnie zastąpienie ich realizmem, można uznać za klucz do zrozumienia i rozpoznania wymowy dzieł kulturalnych w całym okresie PRLu.
Maskowanie rzeczywistych źródeł zmian w kulturze zarzucono w listopadzie 1947 r., gdy Bolesław Bierut ogłosił ofensywę i wprowadzenie na polu literatury tzw. realizmu socjalistycznego, który od lat 30-tych propagowany był w Związku Sowieckim.
Po 1956 r. wrócono do zasygnalizowanej wyżej strategii nożyczek. Rozróżniono podejście do młodzieży (której „sprzedawano” pacyfizm, konformizm i kpinę z „bohaterstwa”) od wieloletniej już praktyki podejmowanej w stosunku do starszego pokolenia (przyzwyczajanego do zrozumienia potrzeby walki z faszyzmem i uznania doniosłości szlaku bojowego ludowego wojska). Zauważono wówczas, że ulega zmianie struktura społeczna. W szkołach kończyło nauczanie i wchodziło w dorosłe życie pokolenie, które wojnę znało jedynie z opowiadań. Na temat walki o dusze młodego pokolenia pisał wcześniej bez ogródek Edmund Osmańczyk w książce Sprawy Polaków, która wywołała szerszą dyskusję. „Jeśli dziś to młode pokolenie szarpie się i błąka - pisał Osmańczyk - to wina w tym pokolenia dojrzałych, które tak jak czasu wojny otacza młodych chaosem swych półmyśli, ćwierćprawd, legend, zakłamań. To, co kotłuje się dziś w większości dojrzałych głów, to burzyny historii. Z nich paruje na młode głowy nadal polski odoris sanctitatis – mit całopalnego bohaterstwa”.
Na obie te grupy społeczne: starsze i młode pokolenie, wciąż miała działać literatura szydercza, w której doszukać się można było oznak jednej z postulowanych przez Wykę w 1948 roku „prób”, czyli „drwiny”. Tylko do pewnego stopnia usprawiedliwień dostarczały „szydercom” porównania z dorobkiem Brzozowskiego, Irzykowskiego, Gombrowicza czy Boya-Żeleńskiego. W gruncie rzeczy komunistyczna walka z romantycznym duchem polskiej tradycji nie miała wiele wspólnego z przedwojennym kontestowaniem idei Mickiewicza czy Słowackiego.
Od końca lat 50-tych kierunek „antyheroizacyjny” narastał, obejmując pamięć o kolejnych wydarzeniach historycznych, zwłaszcza o tych, które kończyły się przegraną. Najsilniej atakowano w tym czasie pamięć powstania warszawskiego.
Kpina z narodowej tradycji i cynizm jako podejście do własnej historii znalazły poklask w niektórych środowiskach młodzieżowych. W teatrze studenckim „Stodoła” wystawiono spektakl Król Ubu, dla zwolenników tendencji deheroizacyjnych stanowiący „piorunująca dawkę drwiny z martyrologiczno-narodowej pompy”. Nic dziwnego, że Kazimierz Wyka mógł z satysfakcją odnotować, że „zwykły człowiek około roku 1960 tzw. historii, tzw. wielkich wydarzeń, tzw. epokowych przełomów, tzw. twórców historii ma już dosyć, absolutnie dosyć. Przesycony i najedzony jest tą strawą aż do nudności. Szczególnie roczniki najmłodsze i najbardziej bezpośrednie w wyrażaniu zajmowanych postaw. Ich szczeniacka kpina z bohaterszczyzny, ułaństwa, daremnej martyrologii, narodowego koturnu i pozy na trybunie, podobnie znaczy: już dosyć, dosyć tej zagęszczonej strawy superhistorycznej”.
Dziś stalinowska strategia "nożyczek dla kultury" ma się w najlepsze i stosowana jest jako bicz na polskość (w minionych dziesięcioleciach mówiono często o wychylającym się w prawo i lewo wahadle). Z jednej strony wyszydza się polskich bohaterów, kpi z historii i symboli narodowych, używa pałki antysemityzmu, ksenofobii i rzekomych wad narodowych. Od tego są m,in. tacy "literaci' jak Pilch, Huelle, Kuczok czy tabun innych wypromowanych przez redakcję z Czerskiej. Z drugiej pokazuje się grupy ekstremalne bądź buduje wokół niektórych grup taki przekaz, aby pokazać osoby zaangażowane w budowę wolnej Polski jako zacofanych oszołomów. Czyż nie z takim przekazem mieliśmy do czynienia i wciąż mamy przy okazji wojny o krzyż smoleński, przy okazji ataków na "lud smoleński", ciągłej nagonki na rodziny smoleńskie i Antoniego Macierewicza? Czyż nie budują nam między szyderstwem a oszołomstwem nowego, nowoczesnego "realizmu", który w gruncie rzeczy jest bardzo znajomy, bo po wojnie miał najpierw twarz "Bieruta" potem "Gomułki", "Gierka", "Jaruzelskiego" i oznaczał sojusz ze Związkiem Sowieckim, a dziś nosi imię "Tusk", "Komorowski" i oddaje nas w pacht Putinowi?
-------------------
Tekst opublikowany po raz pierwszy sob., 11/01/2014 - 21:36 na http://www.blogmedia24.pl/node/66118
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz