Jednym z elementów implementacji „nowego wspaniałego świata” jest całkowita reinterpretacja i zmiana stosunku człowieka do zwierząt. Zjawisko to można obserwować już od lat na różnych polach kulturowych, na których wprowadza się kolejne etapy lewicowej rewolucji pod różnymi hasłami, w tym pod sztandarem tzw. „praw zwierząt”. Za drobny przykład tego podejścia niech posłuży fragment Wstępu dwóch autorek do zbioru tekstów poświęconych temu zagadnieniu: Użycie różnorakich narzędzi krytycznych – czytamy - takich, jak ekokrytyka, teoria gender, queer, postkolonializm, feminizm, ekofeminizm i posthumanizm pozwoliło stworzyć różnorodne perspektywy interpretujące wieloaspektowe relacje między obdarzonymi płcią (gender) ludźmi a zwierzętami oraz kulturą i naturą[1].
Zmiany dotykają także języka. Niemal niedostrzegalnie, ale pewnie już kilka lat temu, rozpropagowano słowo odnoszące się do psów: „psiak”. Już nie „pies” tylko „psiak”. Jeszcze w słownikach można znaleźć definicje podające, że „psiak” znaczy tyle co „młody pies”, ale przecież semantyka tego słowa została rozciągnięta na psy w każdym wieku. Słowa używa się na podobieństwo takich określeń jak „pluszak” czy „misiak”, a jego stosowanie przenosi odnoszenie się człowieka do czworonoga w takie rejony ciepłych i tkliwych uczuć, które dotąd można było spotkać w przede wszystkim stosunku do małych milusińskich. Przesadzam? W Hollywood od lat ukazywanie miłości młodych ludzi kończącej się szczęśliwym małżeństwem jest już passe. Doszło do tego, ze w finale „romantycznych komedii” (romantyczni poeci przewracają się w grobach, bo słowo „romantyzm” jest tu zazwyczaj synonimem naiwności, zdziecinnienia i prostactwa) młodzi ludzie umawiają się na co najwyżej jedno dziecko, bo przecież trzeba ratować planetę przez przeludnieniem. W filmie Był sobie pies (A Dog's Purpose, 2017) pokazywanym także w polskich kinach (niedawno można było zobaczyć część drugą) pies po śmierci, a właściwie jego dusza (nie wiem, czy to właściwe słowo w kontekście tej rewolucji) odradza się w ciele kolejnego przedstawiciela psiej rasy. I tak kilka razy – „reinkarnacje” służą tu ukazaniu różnych aspektów „psiej doli”, przy czym charakter i empatyczne usposobienie kolejnych psich bohaterów pozostają niezmienne. Tak sformatowany czworonożny przyjaciel trafia w pewnym momencie do młodych małżonków, tworząc z nimi kochający się tercet. Ale nadchodzi chwila grozy. Młodzi ludzie rozmawiają o dziecku. „Po co im dziecko, gdy mają mnie?” – pyta z offu zrozpaczony psi narrator[2].
Wzorem metod zastosowanych w przypadku Murzynka Bambo Juliana Tuwima proponuję cenzorom z Ministerstwa Prawdy zajęcie się opowiadaniem Pan i pies Tomasza Manna (niemiecki pierwodruk 1918). Czegóż tu nie mamy? Różnorakim rozważaniom o psim zachowaniu i naturze towarzyszą obrazki wspólnych POLOWAŃ! Ale są też fragmenty jeszcze gorsze. Cytuję (w tłumaczeniu Leopolda Staffa):
Pewien człowiek w dolinie Izary – pisze Mann - rzekł mi, że tego rodzaju psy mogą się uprzykrzać, gdyż chcą być zawsze przy panu. W ten sposób zostałem ostrzeżony, by od początku nie brać zbyt osobiście niewzruszonej wierności, którą Bauszan rzeczywiście zaczął wkrótce okazywać, co ułatwiło mi hamować ją i, o ile to by to potrzebne, oganiać się od niej.
Dalej jest jeszcze gorzej:
Chodzi tu o z dawna odziedziczony, patriarchalny psi instynkt, który każe mu, przynajmniej w jego odważniejszych, swobodę miłujących rodzajach, widzieć i czcić w mężczyźnie głowę domu i rodziny, bezwzględnie pana, obrońcę ogniska domowego, rozkazodawcę, znajdować swą godność życiową w osobliwym do niego stosunku uniżonej, niewolniczej przyjaźni i zachowywać względem reszty domowników daleko większą niezawisłość.
Oczyma wyobraźni już widzę olbrzymie oburzenie obrońców „praw zwierząt” i promotorów nowego podejścia do relacji pies-człowiek. Jak przy tym fragmencie wyglądają plakaty porozmieszczane na przystankach komunikacji miejskiej: „Uwaga, zły pan!”? Cóż ten Mann powypisywał? Pies z patriarchalnym instynktem? Traktujący mężczyznę jako PANA? Inaczej niż resztę domowników? Zgroza!
Tu nawet nie trzeba za wiele tłumaczyć. Trzeba o tym opowiadaniu zapomnieć. Umieścić go najlepiej w lamusie obok innych, niedopuszczalnych dziś do użytku, utworów. I zamknąć na ciężką kłódkę.
[1] Anna Barcz, Magdalena Dąbrowska, Wstęp [w:] Zwierzęta, gender i kultura. Perspektywa ekologiczna, etyczna i krytyczna, pod red. Idem, Lublin 2014, s. 7.
[2] Jako odtrutkę proszę oglądać filmy sprzed wielu lat, np. znakomity serial BBC o weterynarzach Wszystkie stworzenia duże i małe emitowany obecnie przez TVP Kultura. Znajdziemy tam wiele wspaniałych psich historii, świadczących o przyjaźni i przywiązaniu człowieka do psa i odwrotnie. Są tam też przykłady traktowania psa jak maskotki i trzymania go w domu. Lokalna społeczność odnosi się do takich przypadków z pobłażliwością, jak to niegroźnych dziwactw właścicieli czworonogów; z kolei lekarze mają problem, żeby wytłumaczyć „pańciom”, że karmienie psa łakociami i zmuszanie do leniuchowania w kuwecie, niekoniecznie służy zdrowiu czworonoga. Akcja serialu rozgrywa się na angielskiej prowincji, w Yorkshire Dales, od połowy lat 30.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz