wtorek, 15 listopada 2022

Widziane po latach. "Przypadek" Krzysztofa Kieślowskiego (1981)

 Wokół "Przypadku" Krzysztofa Kieślowskiego narosło przez lata wiele obiegowych opinii, powtarzanych przez zawodowych  krytyków, jak i przez papugujące te głosy komentatorów. W rożnych opracowaniach utrwalano pewien sposób pojmowania tego filmu (również w haśle na wikipedii). Należy jednak na wszystkie te interpretacje spojrzeć krytycznie, jako na rodzaj mitotwórczego i fałszującego dyskursu stosowanego permanentnie wobec kina nad Wisłą.  

 
Dziełem Kieślowskiego warto zająć się szerzej, bo to utwór ważny i sprawnie nakręcony, choć dziś już lekko zwietrzały.
 
Akcja filmu toczy się na przełomie lat 70. i 80. XX wieku, a fabuła opowiada o losach studenta Witka Długosza (Bogusław Linda). Wybiega on na dworcowy peren i w zależności od tego, czy udaje mu się dogonić pociąg, czy też nie, ukazane zostają trzy odmienne warianty jego życia. Reżyser w eseju zatytułowanym "Głęboko, zamiast szeroko" (K. Kieślowski K., In Depth Rather than in Breadth, „Polish Perspectives”, nr 24 6–7/1981, s. 67–71; polska wersja: K. Kieślowski K., "Głęboko, zamiast szeroko", „Dialog” nr 1/1981,s. 109–111) napisał, że "Przypadek" stanowił filmową próbę znalezienia metody na równoczesne ukazanie wydarzeń politycznych i dylematów egzystencjalnych człowieka. Realizując ów postulat Kieślowski nakręcił film, w którym żadna ścieżka wyboru dokonana przez Długosza – przystąpienie do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, udział w ruchu opozycyknym bądź też nieopowiedzenie się po żadnej ze stron – nie jest - jak uważają krytycy - poddana osądowi reżysera. Jest moim zdaniem interpetacja błędna i zakłamywująca przesłanie ideowe filmu.
 
Zacznijmy od wymowy trzech przedstawionych wariantów-przypadków. Jedynie pierwsza opcja - przystąpienie do komunistów, nie skończyłaby się dla bohatera katastrofą. Opcja druga i trzecia kończą się katastrofą (Kieślowski akcentuje to pokazując Ferencego ze swoją chrześcijańską grupą na lotnisku). Pierwsza opcja trwa czasowo w filmie najdłużej i dominuje nad pozostałymi, również dlatego, że kolejne opcje oglądamy przez pryzmat pierwszej (Kieślowski dostrzegając tę niespójność stylistyczną tłumaczył, że film przeszedł zabiegi cenzorskie (jak wszystko w tym czasie), czego skutkiem było nadmierne wydłużenie przypadku pierwszego i nadanie mu cech dominujących).
 
W roli ideowego komunisty reżyser obsadził znakomitego i lubianego za role z przeszłości aktora Tadeusza Łomnickiego. Zadaniem Łomnickiego było wzbudzić sympatię do odtwarzanego bohatera. Tymczasem, czy ktoś w PRL-u widział ideowego komunistę? Widzieli go z pewnością filmowcy i literaci (Kieślowski, Wajda, Andrzejewski). Dodam na marginesie, że w "Popiele i diamencie" Wajda popełnił błąd obsadowy. Zwalistego komunistę Szczukę zagrał mało wyrazisty i słaby aktor. Miały być plebejskie emploi, ideowa wrażliwość i proletariacka prostolinijność.  I są. Ale Szczuka (Wacław Zastrzeżyński) nie ma za grosz charyzmy, którą ma Łomnicki u Kieślowskiego.
 
"Przypadek" mami widza przypadkowością wyborów głównego bohatera. Spotyka on ideowego komunistę, więc przystaje do komunistów. Dostaje łomot od sokistów na dworcu, więc staje się opozycjonistą. Kieślowski zdaje się wmawiać widzom, że życiowe wybory są przypadkowe i zależą od przypadkowych zdarzeń. Pominięta zostaje sfera wychowawania i moralnego, twardego kręgosłupa, który pozwalał się zorientować, czym było przystąpienie do sowieckich iluminarzy. Kieślowski przewrotnie swój filmowy "przypadek" kreuje na prawidłowość. 
 
Innymi słowy:Kieślowski pokazuje, że skoro naszym życiem rządzi przypadek, to „barykada” dzielącą ludzi jest tworem sztucznym. Owszem, liczy się serce, wrażliwość, ale przecież nie mają one wpływu na polityczne wybory. Reżyserowi zależy na ukazaniu sztuczności podziałów światopoglądowych czy wręcz politycznych, które są w jakimś stopniu fikcją, złudzeniem, dziełem przypadku. Tymczasem prawidłowość była inna. Byli "My" i "Oni". Do "onych" uczciwi ludzie nie należeli.
 
W czasach, gdy realizowano ten film, podział "MY-ONI", "społeczeństwo-władza" bardzo doskwierał panującej partii. Dychotomia ta, obecna w PRL od poczatku zainstalowania nad Wisłą marionetkowej władzy sowieckiej, była istotną przyczyną dyskomfortu towarzyszy z PZPR. I na dłuższa metę prowadziła do kolejnych, buntów, strajków, przesileń. Przez lata podejmowano szereg wysiłków, aby ten podział zasypać. Mimo to pod koniec lat 70-tych społeczne poczucie, że "My" to nie "Oni" narastało i wzmacniało niezadowolenie społeczne.
 
W takiej atmosferze Kieślowski kręcił swój film, zasypując podziały społeczne i przedstawiając je tak, jakby stanowiły zafałszowanie rzeczywistości. Tymczasem podział "My-Oni" istniał i wręcz przybierał na sile. I nie był wynikiem fałszywej oceny, lecz realnych, dojmujących różnic światopogladowych i kulturowych między społeczeństwem a elitą władzy.
 
W dyskusji pod tym filmem słusznie podnosi wiele osób kwestie obyczajowośc. Przebieg akcji absolutnie nie uzasadnia ukazania aż tylu scen erotycznych. Czemu miały one slużyć? Ukazaniu, że wybory bohatera często motywowane były również popędem seksualnym, że jest to dla niego ważne? Czy rzeczywiście jednak ludzie kierują się w życiu seksualnym pociągiem? Czy on jest decydujący? Nadmierna nagość i dosłowność scen kopulacji przeszkadzają w obiorze filmu, bo nie znajdują uzasadnienia w fabule. Na dodatek fałszują rzeczywistość: wszystkie kobiety bohatera są bezpruderyjne - ogół kobiet nie zachowywał się tak ani wówczas, ani dziś. Kieślowski rozwiązłośc i bewstyd przedstawia jako normę. 
 
Obyczajowośc przedstawiona w filmie nie jest (nomen-omen) przypadkowa. W 1978 r. weszła na rynek "Sztuka kochania" Michaliny Wisłockiej, a funkcjonariusze oddelegowani na pole kulturowe dopuścili najwidoczniej do głównego obiegu społecznego zakazane wcześniej odważne sceny rotyczne. W siermiężnym pod tym względem PRLu nastąpiła istotna zmiana. Zerwano z niektórymi tematami tabu - w omawianym filmie jedna z bohaterek bez ogródek stwierdza: "skrobanki miałam trzy..."
 
Na koniec kilka słów o ewidentnych atutach filmu: świetnie nakręcona, powtarzalna sekwencja pogoni za pociągiem z poruszającym motywem muzycznym Wojciecha Kilara. Fragmenty te nadają opowieści rytm, ale też dodają jej dramatyzmu. Sądzę, że bez tego muzycznego dopełnienia, film straciłby wiele z siły wyrazu. Bardzo dobre role Bogusława Lindy i Tadeusza Łomnickiego.
 
 
 --
po raz pierwszy: sob., 04/01/2020 - 01:38   http://blogmedia24.pl/node/83018

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz