czwartek, 10 listopada 2022

Pisarskie reminiscencje Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm

 Z wielkim zainteresowaniem przeczytałem „Pisarskie delicje” Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm; z tym większym, że Autorkę i jej twórczość znam już od ponad 15 lat. Poniżej garść refleksji po lekturze, które śmiało proszę traktować jako zachętę do sięgnięcia po tę wydaną w tym roku publikację.

 

Książka składa się z dwóch części. W pierwszej autorka częstuje nas bardzo osobistymi rozważaniami o swoim warsztacie literackim. Pisanie pojmuję… jako posłannictwo, służenie innym, ale i sobie: własnym upodobaniom czy wręcz fascynacjom” - stwierdza. I trudno się z tym nie zgodzić znając jej pisarską drogę.

Po przeczytaniu początkowego eseju pojawia się myśl, która nabiera jeszcze mocy po lekturze całości: książka powinna się nazywać jakoś inaczej. W głównej mierze traktuje bowiem o rożnego rodzaju reperkusjach i reminiscencjach twórczości Autorki. Najpierw przyszły mi do głowy "żniwa" - ale to się zbyt kojarzy z uprawą roli, orką, siewem, zbiorem..

Lepsze i ładniejsze byłyby "pisarskie owoce". Bo publikując swoje historie Aleksandra Ziółkowska-Boehm zbiera potem owoce. Tematy, które porusza, ludzie, którym poświęca opowieści - to wszystko przynosi bogaty, wspaniały plon; właśnie piękne owoce. I to jest najbardziej poruszające w tej prozie.

Oczywiście nie byłoby tego wszystkiego bez pisarskiego warsztatu, zapału, pasji, mądrości, szacunku do ludzi, Wielkiego serca, z którym Autorka przystępuje do swojej pracy. Odpowiedzialności, powściągliwości, poczucia wagi słów. Trochę o tym sama pisze w początkowych partiach "delicji" (dlatego - być może - biorąc pod uwagę te właśnie fragmenty, szersze znaczeniowo "delicje" pasują lepiej do całości książki niż "owoce").

Esej o własnej twórczości najciekawszy robi się w miejscu, w którym Pisarka opowiada o poszukiwaniu sposobu na najlepsze poprowadzenie narracji i tworzeniu "obłoczka sekretu”, "niedopowiedzenia", "niepokoju". I o tym, jak próbuje dotrzeć do "odpowiedniej atmosfery, rytmu i języka konkretnej opowieści". Trochę znam to uczucie. Tę trudność i te starania. W końcu sam kilka książek mam na koncie. To jest tematyka, o której ktoś powinien napisać pracę polonistyczną na kanwie twórczości Pani Aleksandry. Szkoda, że pisząc o tych poszukiwaniach (często dosyć nieuchwytnych), nie przywołała konkretnych przykładów ze swoich książek. Ale to już zadanie dla badacza – dla samego autora jest to w jakiś sposób niezręczne, aby o tym pisać. Przypomniał mi się Melchior Wańkowicz, który mówił (w „Karafce La Fonteine'a”) o rytmie akapitów u Sienkiewicza, że rozpoznaje tę warsztatową robotę, ale wciąż nie umie uchwycić, na czym polegała wielkość pióra pisarza, którą chwytał za serca czytelników. Szkoda, że Wańkowicz nigdy nie rozwinął tych refleksji. W „Pisarskich delicjach” świetne są te cytaty, które pokazują, że czytelnicy znajdują się pod urokiem "atmosfery, rytmu i języka". Opisał to w liście pewien pan, który czytając poczuł klimat bossa novy, więc puścił sobie taką właśnie muzykę z magnetofonu - świetnie mu pasowała już do konca lektury książki o Ingrid Bergman” (A. Ziołkowska-Boehm, Ingrid Bergman prywatnie, Warszawa 2013).

Z szeregu bardzo interesujących pisarskich "owoców", największe na mnie wrażenie wciąż robi historia miłości hubalczyka Romana Rodziewicza. Te niesamowite zapętlenie - rozbieżności między jego wersją, a tą, którą po latach przekazali synowie jego wielkiej i pierwszej miłości Halinki. Nie mogę tu za wiele zdradzić, aby nie psuć przyjemności tym, którzy jeszcze książki nie czytali, ale komentarz do owego „zapętlenia” można odnaleźć w opowieści o pewnym Panu, który będąc już w mocno podeszłym wieku, bardzo się przejął, gdy przeczytał w książce, że w młodości jego dziewczyna postanowiła go porzucić. Inaczej to wtedy zapamiętał... a po ponad pięćdziesięciu latach emocje wróciły... Bardzo mądrze podsumował tę sytuację mąż Pisarki - Norman. Oczywiście można po swojemu całą historię rozwikłać i stworzyć własną teorię. Przypuszczam, że Pani Aleksandra też taką ma, ale podobnie, jak napisała, że Pani Zofia Wańkowiczowa "może nie rozpoznała" ciała córki, zamiast wprost napisać "nie rozpoznała", tak i tu nie chce (bo nie należy i nie wypada!) posunąć się o ten jeden krok dalej i wysuwać jakieś przypuszczenia co do rzeczywistych relacji i przebiegu zdarzeń.

Z podobną ostrożnością Autorka podchodzi do opowieści o trudnym związku Melchiora Wańkowicza i jego żony. To wciąż bardzo ciekawe, nawet czytane po raz kolejny. Poruszająco brzmi opowieść o wieloletniej przyjaźni z „Kają od Radosława”, która przechowała słynny krzyż majora Hubala; wzruszające jest wspomnienie o tym, że Pisarka była do Kai tak przywiązana, że chciała do Niej dzwonić zaraz po pogrzebie Kai, tak żeby o wszystkim poopowiadać...

Na koniec: książka udowadnia, że warto było poświęcać godziny, dni, miesiące i lata. Warto było swój wyjątkowy talent, pasję i energię spożytkować pisząc te wielkie, najprawdziwsze opowieści. Takie właśnie ostateczne przesłanie odczytuję z tej publikacji. I wciąż mam nadzieję na kolejne!

--------------

29 października 2019 r. w Pałacu na Wyspie w Łazienkach Królewskich w Warszawie Aleksandra Ziółkowska-Boehm została uhonorowana nagrodą Instytutu Pamięci Narodowej „Świadek Historii” dla osób i organizacji spoza Polski.

 

Żałuję, że nie mogłem uczestniczyć w tej ceremonii.

 

Polecam wywiad z Autorką:

http://dziennik.com/publicystyka/kultura/pisanie-nalezy-do-swiata-magicznego/

 --------


po raz pierwszy: kazef, ndz., 03/11/2019 - 19:23   http://blogmedia24.pl/node/82746

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz